Playing Daily

Left 4 Dead

Opublikowany:
Przez: Andrzej Kała

Left 4 Dead jest jednym z tytułów, które ciężko było mi jakoś sklasyfikować. Początkowo bardzo chciałem go kupić – w końcu zapowiadała się niezła rozgrywka, z masakrowaniem zombie w roli głównej a wisienką na torcie miał być konieczność ścisłej współpracy wszystkich graczy.

Jednak po pewnym czasie pojawiły się pewne wątpliwości – grafika nie była zachwycająca, gra wydawała mi się bardzo uproszczona, w zasadzie fabuły miało nie być… to wszystko w obliczu tylu świetnych tytułów sprawiało, że Left 4 Dead wyglądało mocno przeciętnie. Kolejnym punktem było wypuszczenie przez Valve wersji demo na XBox Live Marketplace. Nie zwlekając postanowiłem ściągnąć demo i przekonać się samemu jak w rezultacie wygląda ten tytuł, w końcu po to są dema. Niestety po raz kolejny się zawiodłem (zapewne w dużej mierze dzięki rozgrywce z postaciami kierowanymi przez sztuczną inteligencję), a co za tym idzie – przesunąłem Left 4 Dead na listę gier „do sprawdzenia kiedyśtam”.

Kiedy jednak znajomi zaczęli się ekscytować jaka to rozgrywka w trybie kooperacji jest fantastyczna i jak komunikacja głosowa dodaje uroku całości, postanowiłem zainwestować i zakupiłem Left 4 Dead kierując się jednocześnie argumentem, że „zawsze przecież mogę wymienić na Call of Duty 5 albo Mirror’s Edge”.

Zombie Apocalypse

Tak na prawdę to nie wiemy co się stało, skąd się wzieły chodzące trupy, ani dlaczego nasi bohaterowie znaleźli się w tym miejscu. W zasadzie można śmiało powiedzieć, że fabuły nie ma. Po prostu nasi bohaterowie w zależności od wybranej kampanii pojawiają się w punkcie startowym (np. na dachu budynku) i przedzierają się do punktu końcowego, gdzie czeka na nich jakaś możliwość ewakuacji – np. helikopter.

Jednak fabuła, jak szybko się orientujemy, nie ma najmniejszego znaczenia i prawde powiedziawszy – w ogóle nie jest potrzebna. Razem z max. 3 przyjaciół zostajemy rzuceni w wir apokalipsy i naszym jedynym celem jest przeżyć i dotrzeć do punktu ewakuacji. Proste? Wręcz przeciwnie, ale o tym za chwilę.

Bohaterowie

Przed rozpoczęciem rozgrywki możemy wybrać jedną z czterech postaci: czarnoskórego gościa w białej koszuli o imieniu Louis, który pracował do tej pory jako analityk, Francisa – prawdopodobnie bikera (ciężko powiedzieć), który ma bardzo rozdmuchane ego i ogólnie uchodzi za „kozaka”, studentkę pierwszego roku – Zoey oraz podstarzałego weterana wojny w Vietnamie – Billa. Niestety poza wyglądem nie różnią się praktycznie niczym. Z jednej strony to dobrze, bo odpadają kłótnie kto kim gra – każdy ma takie same możliwości, z drugiej trochę szkoda.

Rozgrywka

Jak już wspomniałem rozgrywka dzieli się na 4 scenariusze, z czego każdy z nich zawiera 5 etapów. Każdy z etapów zaczyna się i kończy w tzw. „Safe room”, gdzie znajdziemy apteczki, broń i amunicję. Po drodze również trafimy na różne miejsca, gdzie będziemy mogli uzupełnić zapas amunicji, czy zmienić broń jeśli okaże się, że aktualna nie do końca nam pasuje.

Życie możemy sobie regenerować za pomocą apteczek znajdujących się we wspomnianych wcześniej pokojach, oraz w trakcie pokonywania etapów – gwarantują one zregenerowanie do 80% energii życiowej naszego bohatera. Drugim sposobem są środki przeciwbólowe (Painkillers), które regenerują jednak tylko 50% energii życiowej, a dodatkowo z czasem poziom życia spada to stanu początkowego.

Warto wspomnieć także o dostępnych środkach „przymusu”. Do wyboru mamy karabin maszynowy, coś na kształt UZI, shotgun (dwie wariacje) oraz karabin myśliwski (swobodnie można go skojarzyć z karabinem snajperskim). Oprócz tego jeszcze dochodzą koktajle molotova, oraz „pipe bombs” (nie chciałem kaleczyć tej wspaniałej nazwy), które są o tyle ciekawe, że po rzuceniu ich w tłum zombie, wszystki zaczynają atakować te bomby całkowicie ignorując naszą obecność, co niejednokrotnie ratowało mi skórę.

Nie można powiedzieć, że ekwipunek jest wybitnie rozbudowany jednak ani przez chwilę nie brakowało mi żadnych dodatkowych bajerów. To co jest sprawuje się idealnie i w zasadzie wystarcza.

Na końcu każdego scenariusza naszym zadaniem jest wezwanie pomocy, a następnie przetrwanie do momentu jej dotarcia – to właśnie wtedy gra rozwija skrzydła. Atmosfera robi się bardzo gęsta a ilość rzucanych w naszym kierunku Zombie potrafi przekraczać wszelkie normy.

Zombie

Skoro już jesteśmy przy temacie przeciwników, to trzeba powiedzieć, że twórcy Left 4 Dead wzorowali się na takich filmach jak 28 Dni później i podobne, gdzie zombie nie są powolnymi, tempymi kukiełkami, a rządnymi krwi, błyskawicznie poruszającymi się drapieżcami. W każdej z lokacji znajdują się elementy, które mogą zalarmować całą grupę zombie – np. alarm samochodowy, czy światło, a wtedy – pozostaje jedynie mocniej chwycić pada i wykazać się refleksem.

Oprócz typowego mięsa armatniego, co jakiś czas możemy spotkać specjalnych przeciwników: Boomer, Huner, Smoker, Tank, Witch. Każdy z nich obdarzony jest indywidualną umiejętnością – np. Boomer może opluć naszą grupę, co automatycznie na tych graczy ściąga całą chmarę zombie. Smoker natomiast atakuje zawsze z odległości i zaskoczenia – potrafi przy pomocy języka odciągnąć jednego z graczy w ciemny kąt i tam udusić.

A teraz ciekawostka – MY TEŻ MOŻEMY GRAĆ JAKO ZOMBIE! Jest tryb gry dla ośmiu osób – versus, gdzie 4 osoby wcielają się w rolę ocalałych, a pozostałe 4 osoby w rolę specjalnych zombie, o których wspomniałem wcześniej. Muszę przyznać, że tak skonstruowana rozgrywka po prostu dostarcza niesamowitą dawkę adrenaliny.

Na koniec

Left 4 Dead jest grą, którą ciężko jednoznacznie ocenić. Z jednej strony mamy niesamowitą, dynamiczną rozgrywkę dostarczającą mnóstwo przyjemności. Jednak ta rozgrywka jest zdecydowanie zbyt krótka, cztery scenariusze można skończyć w jeden wieczór. Dodatkową koniecznością jest jednak posiadanie połączenia z Xbox Live (owszem, można grać z botami, ale rozgrywka nie jest aż tak interesująca wtedy). Pozostaje jedynie żyć z nadzieją, że Valve niedługo wypuści dodatkowe scenariusze (co przy braku fabuły nie powinno być specjalnie trudne), bądź inne dodatki, które wydłużą żywotność tego produktu.

Jeśli posiadasz połączenie z Xbox Live i abonament Gold – kupuj w ciemno. Jest to gra, która dostarczy Ci wielu godzin dobrej rozgrywki. W przeciwnym wypadku polecam się jednak zainteresować Gears of War 2.