Playing Daily

Wheelman

Opublikowany:
Przez: Andrzej Kała

Bycie graczem oznacza, że czasami nie potrafisz oprzeć się niektórym grom, nawet jeśli zbierają marne oceny we wszystkich recenzjach. Właśnie taką grą jest „Wheelman”. Pierwsze informacje jakie pojawiły się odnośnie tej gry przedstawiały ją jako świetną grę akcji, więc automatycznie zacząłem się nią interesować. Jednak gdy zaczęły pojawiać się pierwsze recenzje odsunąłem tą grę na dalszy plan i w zasadzie nie planowałem w ogóle w nią grać, aż trafiłem przypadkiem dobrą cenę na allegro. Muszę przyznać, że nie miałem zbyt wygórowanych oczekiwań w stosunku do tej gry, ale gdy minął już rok i cena mocno spadła, być może warto się nią zainteresować?

Milo Burik

Akcja gry oscyluje wokół tajniaka o bardzo dostojnym imieniu (chyba odziedziczonym po psie chihuahua) – Milo Buria, którego zadaniem jest zniszczenie trzech wzajemnie zwalczających się gangów, panoszących się na ulicach Barcelony. Brzmi to jak całkiem niezły materiał na grę, jednak w rezultacie okazuje się płytką historią zupełnie pozbawioną polotu. Każda historia powinna mieć zwrot akcji aby nie być zbyt przewidywalną i trzymać widza w napięciu, jednak w tym przypadku to już lekka przesada. W pewnym momencie historia tak się pogmatwała, że po prostu się pogubiłem. Jeśli dodać do tego płytkie postaci, których dialogi są proste jak budowa cepa, otrzymujemy fabułę filmową akcji kina klasy „ź”. W rezultacie w pewnym momencie zacząłem przeskakiwać wszystkie dialogi aby jak najszybciej przejść do kolejnej misji.

Warstwa prezentacyjna

Jestem zapalonym graczem od wielu lat, więc grafika nigdy nie jest dla mnie najistotniejszym elementem gry, jednak „Wheelman” zawiera kilka elementów, które po prostu nie mają prawa bytu przy obecnych standardach. Nawet jeśli jest to gra ze „średniej półki”.

Przede wszystkim powtarzalność budynków – co parę kroków pojawiał się dokładnie taki sam budynek, gdyby jeszcze posiadały one mnóstwo detali i smaczków to byłbym w stanie to zrozumieć. Jednak są to proste bryły powleczone marnej jakości teksturami, nie zawierające zbyt wielu detali. Wyjątkiem są elementy charakterystyczne dla Barcelony, ale umówmy się – tych jest jak na lekarstwo.

Dodatkowo jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że jest to Barcelona a dodatkowo mamy środek lata, to automatycznie przychodzi do głowy myśl, że miasto powinno tętnić życiem. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna – ulice są puste. Owszem, od czasu do czasu trafimy na jakieś samochody, które zresztą podobnie jak budynki wyglądają bardzo słabo. Obecność przechodniów pominę milczeniem. A skoro już poruszyłem temat pogody, to nie istnieje coś takiego jak zmienne warunki atmosferyczne. Ba! Nie istnieje nawet coś takiego jak cykl dnia/nocy.

Można powiedzieć, że jeśli tyle rzeczy jest uproszczonych, a jeszcze większej ilości brakuje, to elementy faktycznie zawarte w grze będą dopieszczone do granic możliwości. Szkoda, że niestety jest to błędne założenie, a gra po prostu wygląda bardzo bardzo średnio.

Dźwięki

Pomijając żenującej jakości głosy aktorów, muszę przyznać, że warstwa dźwiękowa przedstawia się nieco lepiej niż graficzna. Przede wszystkim efekty dźwiękowe momentami potrafią wprawić w osłupienie, a ilość stacji radiowych możliwych do włączenia podczas jazdy samochodem zaskakuje. W zasadzie do tego elementu nie ma sensu się przyczepiać – jest poprawny.

No a jak w temacie rozgrywki?

Mr. Diesel

Czas przejść do sedna, czyli samej rozgrywki. „Wheelman” stawia przed graczem 30 misji w trybie dla jednego gracza, które oferują rozrywkę na ok. 10 godzin, a ponadto oferuje ogromną ilość misji pobocznych. Misje zawarte w kampanii są mocno zróżnicowane, a niektóre z nich podzielone są na kilka segmentów, np. w jednej z misji Milo musi dojechać do kryjówki gangu, następnie zabić wszystkich przeciwników, a na koniec ukraść znajdującą się na miejscu ciężarówkę i odstawić ją do miejsca startu w jednym kawałku. Zdecydowanie nie jest to najbardziej innowacyjny scenariusz, jednak daje radę i nie kuje w oczy monotonnością.

Głównym problemem gry jest jednak jej mechanika, każdy z elementów jest popsuty. Na początek – prowadzenie pojazdów, które jest tak skoncentrowane na walce samochodami, że w zasadzie ukończenie misji skupiając się tylko na omijaniu przeszkód i idealnym pokonywaniu zakrętów jest niemożliwe. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że działanie tego elementu jest po prostu beznadziejne a auto reaguje na polecenie ataku z opóźnieniem.

Aby ułatwić nam życie, twórcy gry wyposażyli naszego bohatera w specjalne umiejętności, które zdobywamy w trakcie rozgrywki – „Cyclone”, „Aimed shot” oraz „Airjack”. Wszystkie brzmią cudownie i są równie cudownie zepsute. Na początek – „Cyclone” i „Aimed shot”, które są w zasadzie identyczne – czas mocno spowalnia, nasz bohater wyciąga broń a samochody przeciwników posiadają czerwone markery, w które należy strzelać – jeśli trafimy odpowiednią ilość razy eliminujemy przeciwnika. Różnica między nimi jest taka, że „Cyclone” obejmuje przeciwników jadących za nami, natomiast „Aimed shot” tych znajdujących się przed nami. Brzmi cudownie, jednak umieszczenie celownika idealnie na markerze po prostu graniczy z cudem, gdyż porusza się on powoli i ospale, a biorąc pod uwagę że każdy cel trzeba trafić 1-3 razy, umiejętność ta staje się praktycznie bezużyteczna. Ostatnią umiejętnością jest „Airjack”, który pozwala na przechwycenie innego samochodu w trakcie jazdy. Idealne w przypadku gdy potrzebujemy zmienić mocno zniszczony samochód, a jesteśmy w trakcie pościgu i nie ma czasu aby się zatrzymać. Aby tego dokonać, wystarczy zbliżyć się do interesującego nas samochodu, wcisnąć przycisk i puścić go w momencie kiedy strzałka znajdująca się nad nim zmieni kolor na zielony. Brzmi rewelacyjnie, jednak posiada pewien mały mankament – otóż to magiczne miejsce, w którym musimy się znaleźć aby strzałka zmieniła kolor jest praktycznie niemożliwe do uchwycenia w karkołomnym pościgu, gdy nasz pojazd porusza się z prędkością kilkakrotnie przewyższającą prędkość interesującego nas pojazdu, a dodatkowo przeciwnicy próbują zepchnąć nas z drogi.

Czy jednak te mankamenty pozwalają w ogóle czerpać jakąkolwiek przyjemność z gry? To zależy. Początkowe misje są w zasadzie proste i nie wymagają od nas karkołomnych ewolucji, więc gra się w nie przyjemnie. Z czasem jednak poziom trudności mocno wzrasta i wtedy zaczynają się poważne problemy (niestety „Wheelman” nie posiada czegoś takiego jak ustawienia poziomu trudności), gdyż wymagana jest od nas celność snajpera, dodatkowo umiejętności prowadzenia, których pozazdrościłby nam sam Sebastian Loeb, a wisienką na torcie jest refleks pozwalający nam przechwycać inne samochody „w locie”. W rezultacie nie skończyłem do tej pory „Wheelmana”. Do ostatniej misji podchodziłem ok. 30 razy i niestety moja cierpliwość się wyczerpała. Być może jeszcze kiedyś zbiorę się aby dokończyć te ostatnie parę metrów, jednak pewności nie mam.

Niemniej jednak jest jedna rzecz, która nieco poprawia wrażenie – misje poboczne. „Street showdown” to najzwyklejsze wyścigi po okrążeniu, które odbywają się na ulicach miasta. „Taxi” i „Hot potato” skupiają się na dostarczaniu „przesyłek”, a „Contracts” i „Made to order” zbudowane są wokół przechwytywania samochodów. „Fugitive” to misje, które wymagają od nas ucieczki przed policyjnym pościgiem, a ostatni typ misji – „Rampage” polega na dokonaniu zniszczeń na wyznaczoną kwotę w określonym czasie. Tak więc są one na tyle zróżnicowane, że każdy powinien znaleźć tutaj coś dla siebie.

Prawie zapomniałem o fanach „zbieractwa”. W mieście jest ukryte 100 statuetek kotów i 50 widowiskowych skoków, których odnalezienie zajmie nawet najbardziej wprawionym poszukiwaczom kilka godzin. Niestety nie ma żadnych dodatkowych nagród (poza dźwiękiem odblokowanego osiągnięcia na Xboxie 360).

Zatem czy warto?

To jest bardzo trudna dla mnie decyzja, poważnie. „Wheelman” to zdecydowanie nie jest „GTA IV”, a wręcz bardzo dużo mu brakuje. Mechanika jest po prostu tak makabrycznie zepsuta, że ciężko to opisać słowami. Z drugiej jednak strony, kiedy wspomniane wcześniej wady nie wchodzą w drogę gra staje się całkiem przyjemna i sprawia taką samą frajdę jak dobry film sensacyjny z czasów „Rambo” – nie wymaga od nas zaangażowania, oferując w zamian przyjemną rozpierduchę. Pełnej kwoty w dniu premiery nie odważyłbym się zapłacić, jednak teraz gdy cena spadła do rozsądnego pułapu, a dodatkowo można już otrzymać egzemplarze z drugiej ręki – czemu nie. W ciągu max. 2 godzin przekonasz się czy jest to pozycja dla Ciebie