Need For Speed Most Wanted: A Criterion Game – Recenzja
Seria Need For Speed lata świetności przeżyła już dawno temu. Gracze zdążyli zapomnieć jak wiele rozrywki dostarczały widowiskowe sceny wyścigów i pościgów z udziałem mocno podrasowanych samochodów. Tytuł może nieco mylić, bo nowy Most Wanted niewiele ma wspólnego z tym poprzednim, jednak mimo tego, nowa gra studia Criterion Games okazała się być sukcesem. Sukcesem, który niewielu doceni.
Criterion Games to ekipa odpowiedzialna za Burnout Paradise. Grając w tę grę nie raz zastanawiałem się nad tym jak wyglądałby Need For Speed stworzony przez Criterion. Kiedy studio kilka lat temu zaczęło pracować nad Need For Speed’em, z niecierpliwością czekałem co z tego wyjdzie.
Hot Pursuit nie okazał się być przełomowy, jednak studio dostało następną szansę. Ich kolejny Need For Speed zyskał tytuł Most Wanted i miał być taki jak pierwowzór, od którego zaczerpnął nazwę. Przynajmniej tego spodziewali się fani, jak się jednak okazało twórcy mieli inne plany. Need For Speed: Most Wanted stworzony przez Criterion Games wygląda jak kontynuacja Burnout Paradise. Może więc zamiast Most Wanted nowy NFS powinien nazywać się Paradise?
Gra nie posiada menu, rozgrywkę zaczynamy w chwili uruchomienia gry, obowiązkowo oglądając film wprowadzający. W głośnikach słychać nowoczesną muzykę, a chwilę później głos atrakcyjnej kobiety wprowadza nas do miasta Fairhaven: raju dla wielbicieli szybkich samochodów, które wystarczy odnaleźć i poprowadzić. Forma rozgrywki jest taka sama jak w Paradise, narracja też nieraz przyprawi was o deja vu.
Większość scen, znajdziek (banery , ogrodzenia, fotoradary) a nawet lokacji (mosty, tory kolejowe, parkingi, banery w centrum miasta, park, opuszczone lotnisko) łudząco przypomina Burnout Paradise. Nie wiadomo czy to lenistwo twórców, którzy wyciągnęli stare tekstury, czy też zabieg celowy, który miał przyciągnąć fanów Burnout’a.
Cieszy mnie, że twórcy poszli po rozum do głowy i wysłuchali graczy, dając im dokładnie to czego chcieli, ale teraz trochę brakuje mi oryginalnych pomysłów, które wniosłyby coś świeżego, jakiegoś zaskakującego aspektu, który nadałby całej grze większego sensu…
Tania Roz(g)rywka
Zdobywanie kolejnych samochodów przestało być wyzwaniem. Wystarczy podjechać do pierwszej lepszej bryki i już możemy do niej wsiąść. Co prawda każdy może od razu wybrać samochód swoich marzeń, ale kiedy ukończy serię pięciu wyzwań, nie pozostaje nic więcej jak pozwiedzać miasto, które twórcy zachwalali jako jedno z największych w serii. Tak niestety nie jest, zdecydowanie objechanie wszystkich tras w mieście i okolicach zajmuje kilkadziesiąt minut, a kiedy już pozachwycamy się widokami (kilka lokacji naprawdę zapada w pamięć, do tego można po nich jeździć!), znów nie ma co robić.
Można zacząć zbierać znajdźki, ale ostrzegam, że i to zadanie mocno ułatwiono. Od teraz widać wszystkie wcześniej zdobyte billboardy, samochody, kawałki ogrodzenia czy fotoradary widać na mapie. Można też znów przesiąść się do jakiejś innej bryki, jednak po spędzeniu chwili w szybszym aucie, jazda wolniejszymi mija się z celem. Samochodów jest mało, w grze pojawia się kilka naprawdę ciekawych modeli jak np. Lamborghini Countach czy Tesla Roadster (samochód elektryczny) ale poza tym brakuje kilku modeli, które ukazywały się w poprzednich częściach gry. Czyżby twórcy planowali płatne DLC z nowymi pojazdami? Bardzo możliwe.
Technicznie
Jeśli chodzi o oprawę audiowizualną nowego NFS’a, nie mam żadnych wątpliwości. To jedna z najlepiej wyglądających gier na rynku, do tego posiada model zniszczeń dorównujący temu z serii Burnout. Możecie więc sobie wyobrazić kraksy, w których z auta niewiele zostaje, a mimo to dalej jedzie. Miłym akcentem jest palenie gum, które powoduje, że opony pękają, a także możliwość zdobycia opon, które same się napompują w wypadku ich zniszczenia.
Jedyny zarzut do silnika gry, to momenty kiedy auto wypada poza jezdnię i rozbija się o budynek lub spada w przepaść. Nie raz zobaczycie auto unoszące się w powietrzu, lub rozbijające o niewidzialne ściany(znów to powtórka z Burnout Paradise). Poza tym można nacieszyć oczy wodotryskami i całą gamą efektów graficznych, które uruchamiamy w skromnym menu.
Gra nie pozostaje w tyle także jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową. Muzyka, którą usłyszymy grając w nowego Most Wanted to przede wszystkim dubstep, ale usłyszymy także kilka przeróbek hitów takich gwiazd jak The Who czy Muse.
Wyścigi na krótki dystans
Jak już wcześniej wspomniałem, gra nie przyciąga na długo. Widowiskowe policyjne pościgi przestały być wyzwaniem, kiedy okazało się, że jest wiele miejsc, w których policja nas nie dostrzega. Ich odnalezienie nie stanowi problemu, mimo, że punkty w których możemy się schować nie są oznaczone. Wyścigi dzielą się zaledwie na kilka typów: ucieczka przed policją(a co to za „wyścig”, zapytacie?), okrążenia, sprint i próba czasowa. Mój ulubiony tryb akrobacji z Burnout Paradise, przepadł gdzieś bez śladu, podobnie jak wyścigi na każdym skrzyżowaniu, które trzeba było odszukać. Od teraz wystarczy raz dojechać do wyścigu, a później niezależnie od auta, będziemy mogli się do niego szybko przenieść.Tak, wyścigi się powtarzają, podobne samochody posiadają te same wyścigi na tych samych trasach, które musimy powtórzyć, aby odblokować ulepszenia do danego wozu. Tu poczułem kolejny niesmak.
Tuning ogranicza się w tej grze tylko do zmiany koloru (którego nie można wybrać i jest ich zaledwie kilka) naszego wozu lub zmiany opon, zawieszenia, przełożenia czy wytrzymałości lub ciężaru auta. Nic co miałoby jakiekolwiek widoczne konsekwencje. Oczywiście zmiany są odczuwalne, krótkie biegi potrafią naprawdę zmienić wolne jak żółw auto w wyścigówkę na krótkim dystansie, ale to nadal za mało, żeby siedzieć i jeździć godzinami po tak małym i pozbawionym atrakcji mieście.
Do tego wszystkiego dochodzi tytułowa lista poszukiwanych wozów. To w zasadzie jedyne nawiązanie do poprzedniej gry o tym samym podtytule. I chociaż w założeniach wszystko brzmi wspaniale, to w rzeczywistości wyścigi z listy niczym nie różnią się od reszty. Na koniec wyścigu musimy uciec policji i zniszczyć samochód z listy, który błąka się po mieście. Pomysł, żeby skupić się na wozach naprawdę nie wypalił, bo chociaż widać w środku kierowcę w wyścigowym kasku, to nie jest on w ogóle istotny. Zapomnijcie o charyzmatycznych bohaterach, których samochody chciało się zdobyć tylko po to, żeby uprzykrzyć im życie. Od teraz ścigamy się z pozbawionym emocji kawałkiem blachy na czterech kółkach, który może być nasz, jeśli go wyprzedzimy i zepchniemy z drogi. Po pierwszych kilku autach z listy miałem dość i postanowiłem dać tej grze jeszcze jedną szansę, grając w tryb wieloosobowy. Tutaj także się zawiodłem, kiedy okazało się, że ciężko znaleźć kogoś z kim można się ścigać. Ludzie wchodzą i wychodzą z wyścigów bez żadnych konsekwencji. Panuje jeden wielki chaos, a ja się poddaję i wracam do trybu pojedynczego gracza.
Zatem… czy warto?
Jeśli miałbym ocenić tę grę po kilku pierwszych wyścigach, pewnie powiedziałbym, że to najlepsza gra wyścigowa w jaką grałem. Tak niestety nie powiem, bo z grą spędziłem długie godziny, dokładnie analizując każdy jej aspekt. To dokładnie to, czego zawsze chciałem. Burnout Paradise, król zręcznościowych wyścigówek, w nowych szatach i z licencjami na prawdziwe samochody. Nie zrozumcie mnie źle, problemem tej gry nie jest jej wtórność w stosunku do Burnout Paradise, ani pozbawienie jej cech serii Need For Speed.
Prawdziwym problemem nowej gry Criterion jest brak większego sensu w działaniach gracza. Oczywiście jest Autolog, który pozwala dzielić się naszymi osiągnięciami, ale nie o to tu chodzi. W żadnej poprzedniej grze, nie było tego czuć tak jak tutaj. Grając w nowy Most Wanted miałem wrażenie jakbym ciągle jeździł w kółko i do tego nagle brakło mi paliwa. Jeśli szukacie rozrywki na krótką metę, Most Wanted w wydaniu Criterion Games jest dla Was, jeśli jednak chcecie czegoś więcej od gier wyścigowych, rozejrzyjcie się za innymi tytułami.






