Asset 3

Monaco – wyniki konkursu

Andrzej Kała / 22.05.2013
komentarze: 0

Monaco

Bijąć się w pierść i przepraszając za opóźnienie dotarliśmy do momentu ogłoszenia zwycięzcy konkursu Monaco. Ten niezależny tytuł od Pocketwatch Games mocno przypadł nam do gustu, a dzięki uprzejmości autora mieliśmy dla Was jeden egzemplarz gry na Xbox360. Zobaczmy więc komu się poszczęściło.

Na początek przypomnijmy zadanie konkursowe:

Aby zgarnąć Monaco na Xbox Live Arcade musicie wykazać się wyobraźnią i napisać nam z czym kojarzy Wam się „Monaco”.

Przysyłane odpowiedzi były różne, ale spośród wszystkich nadesłanych jedna wybijała się bardzo mocno ponad przeciętność. Jej autorem jest Norber „Odd” Pokorski. Forma odpowiedzi jest niecodzienna, a i sama treść całkiem wciągająca. Zapraszamy do lektury, a zwycięzcy gratulujemy – kod poleciał już pocztą.

Monaco…

Ralph nie mógł spać. Patrzył przez wielkie okna na dwudziestym czwartym piętrze Trump World Tower, bezwiednie podążając wzrokiem za światłami helikopterów, przesuwającymi się po niebie. Poprzedni dzień wciąż ciążył mu na sercu, a każda próba odejścia w senny raj prowadziła do obsesyjnej myśli co ma teraz zrobić. Praca handlarza dragami na większą skalę zawsze niesie ze sobą ryzyko, o tym wiedział już gdy zaczynał sprzedawać grubszym rybom działki obok baru Monte Carlo. Ta sama historia jak u każdego żółtodzioba – trafił się kapuś i trzeba było zwijać interes. Tym razem był ostrożny, cholernie ostrożny. Bezpośrednie sprzedaże najbliżej z trzeciej ręki, dziesiątki różnych nazwisk, parę informatorów wśród policji. Nie mogło nie wyjść.

I coś nie wyszło. Ktoś postanowił spieprzyć mu życie. Nadepnął komuś na odcisk i narobił sobie nieodpowiednich wrogów. Tak to sobie przynajmniej tłumaczył, bo nie mógłby żyć z uczuciem, że to przez jego nieuwagę zabito mu żonę, porwano gdzieś dzieciaka i zabrano cały towar.

Mimo burzy myśli w środku, Ralph zachowywał się spokojnie. Siedział na fotelu trzymając w ręku fiiżankę z od kilku godzin zimną już kawą i nie ruszał się. Myślał jakie ma opcje i starał się przewidywać długoterminowe skutki, chociaż wiedział, że i tak będzie szukać zemsty. Co innego mu zostało? Jest spalony w tym kraju, a wiadomości prędko rozejdą się po całym świecie. Dilerka odpada, przynamniej na zadowalająco wielką skalę. Miałby kupić farmę w Kansas, znaleźć żonę i zapomnieć o poprzednim życiu? Sumienie nie dałoby mu spokoju. Walczyć z narkotykami? Wiedział, że to i tak nie odniesie skutku. Dowiedzieć się kto go wkopał? Nie powinien… ale musi. Jedyny pomysł, który wwiercał mu się pomiędzy dowolne przemyślenia, który nie dawał o sobie zapomnieć i kusił nieokreśloną nagrodą. Wiedział już, że i tak dojdzie do szukania zemsty, ale udawał przed sobą że rozważa inne możliwości.

Kilkugodzinną grę w wewnętrznego ping-ponga przerwał telefon. Ralph, zupełnie zaskoczony, poderwał się, wylewając kawę. Złapał za komórkę, nie zwracając uwagi na mokre spodnie. Spojrzał, kto dzwoni i odebrał.

– Ralph? Żyjesz? Tu Ant, paru z naszych udało się spieprzyć przed rozwałką, dopiero kupiłem kartę. Jesteś tam?

Słyszał w słuchawce gwar ulicy, jego jedyny zaufany wspólnik musiał być jeszcze na ulicy. Jeśli jest z nim reszta, to przynajmniej nie usłyszą. Głos uwiązł mu w gardle. Decyzję musiał ostatecznie podjąć już teraz.

– Żyję. Pozbądź się każdego, kto został. Ktoś ma u nas wtykę i trzeba się pozbyć jakichkolwiek śladów.
– Ostro.
– Ta gra już nie jest o pieniądze.
– Znowu bierze cię na filozoficzne pieprzenie, jak za każdym razem gdy ci nie wyjdzie? Weź się w garść, organizujemy sobie wylot do Indii i kręcimy interes na nowo.
– Ant, to nie była zwykła pieprzona pomyłka! Ktoś chce mnie zniszczyć.
– Przestań kurwa dramatyzować. Rozbili nas szósty raz, uciekliśmy szósty raz, prowadzimy tą rozmowę szósty raz a ty i tak wiesz, że zaczniemy siódmy.
– Ann nie żyje.

Przez dłuższą chwilę w sluchawce dalo się usłyszeć tylko gwar ulicy.

– Dobra. Jeden z naszych ma trop.
– Nie będę ryzykować.
– Jak chcesz, szefie.

Ralph rozłączył się i wstał. Dopiero teraz zauważył rozlaną kawę.

Monaco. To był Nowy York, a dla niego zawsze Monaco, każde miasto w którym był, nazywało się Monaco i było jak Monaco. Gdy wyjechał z niego po nieudanej akcji do Berlina, zauważył że każde miasto działa tak samo. Pośpiech, presja, stres, życie w niebezpieczeństwie. Brak czasu na analizę własnych czynów, jakikolwiek wewnętrzny osąd moralności. Kasa, prestiż i sukces. Tak definiował rodzinne strony. Teraz to go przerosło. Koniec syndromu 'Monaco’.

Ralph zmienił szybko spodnie, wziął portel, gnata i komórkę. Spojrzał jeszcze raz na swoją żonę.

– Zabiję skurwysyna.

Wyszedł, omijając kałużę krwi wsiątkniętej w drogi dywan.