Asset 3

TMNT: Out of the Shadows – recenzja

Piotr Szychowski / 3.09.2013
komentarze: 0

Zasiadając do najnowszych Żółwi wiedziałem, że nie będzie to zaskoczenie roku na miarę Batman: Arkham Asylum, czy w ogóle tytuł klasy AAA. Już po pierwszym zwiastunie spodziewałem się typowego średniaka na licencji, broniącego się jednak rozgrywką. Gra spełniła moje oczekiwania, ale…

No właśnie. Zanim do tego „ale” przejdę, winien jestem kilka zdań wprowadzenia. Teenage Mutant Ninja Turtles: Out of the Shadows to tytuł rozprowadzany drogą cyfrową, który 28 sierpnia zadebiutował na platformie Steam oraz Xbox LIVE Arcade, a we wrześniu ukaże się w Playstation Store na PSNie. Kiedy w dniu premiery stanął przede mną wybór pomiędzy wersją PC czy konsolową, od razu zdecydowałem się na tą drugą. W mojej głowie układał się już bowiem chytry plan ogarnia całej produkcji w kooperacji z drugim zapaleńcem rodziny (czytaj: młodszym bratem).

SPLINTER NIE BĘDZIE ZADOWOLONY

Rozpoczęcie nowej gry skutkuje automatycznym wrzuceniem gracza numer jeden w skórę April (znanej z komiksów i serialu ludzkiej przyjaciółki Żółwi) i rozegraniem kilkuminutowego prologu. Już na wstępie rodzi się pytanie, co z drugim graczem. Niestety, przez pierwsze chwile zabawy pozostaje on całkowicie biernym obserwatorem wydarzeń na ekranie. Na szczęście nie traci wiele, ponieważ prolog został umieszczony w grze całkowicie na siłę. Nie ma w nim mowy o żadnym samouczku (sam fakt sterowania postacią inną, niż zieloni ninja), czy nakreśleniu przynajmniej zarysu fabuły. Po kilku minutach biegania i skakania w opuszczonym magazynie dowiadujemy się jedynie, że dziewczyna zostaje porwana przez nieznanych sprawców.

Początek ten mógł zostać z powodzeniem zastąpiony serią statycznych komiksowych plansz (jak w dalszej części produkcji) i byłby dużo bardziej strawny, a drugi gracz nie czułby się wyalienowany. Jeśli twórcy chcieli w ten sposób nadać grze fabularnego charakteru – cóż, nie wyszło. Zresztą historia w TMNT: OotS też nie jest wybitnie chwytliwa. Dość napisać, że Żółwie będą musiały stawić czoła Shredder’owi i jego poplecznikom. Klasyka.

teenage mutant ninja turtles out of the shadows

Po krótkim wprowadzeniu gra przenosi nas do kwatery głównej Wojowniczych Żółwi, tam zaś możemy rozpocząć właściwą rozgrywkę w postaci kampanii (składają się na nią cztery misje). Wreszcie też pojawia się opcja dołączenia drugiego gracza. Ten moment to także brutalne zderzenie z rzeczywistością, a będąc dokładniejszym – nieudolnością trybu współpracy.

Już sposób, w jaki podzielony został ekran, budzi same zastrzeżenia. Zamiast standardowej kreski w pionie lub poziomie, dostajemy coś, co imitować ma chyba kadry komiksu na dużej zielonej planszy. W efekcie, skutecznie ogranicza widoczność, jak i pomniejsza wyświetlane napisy (mając 42′ telewizor, musiałem podchodzić pod sam ekran, żeby przeczytać, jaki przedmiot podniósł z ziemi mój Żółw). Dalej, gra nie tłumaczy żadnych postaw walki ani poruszania się, wszystkiego trzeba się domyślać. O tym, że wyprowadzenie specjalnego ataku wymaga nabicia 10-krotnego combo, nie zaś naładowania paska umiejętności dowiedziałem się dopiero w singlu (tak, tryb dla pojedynczego gracza opatrzony jest stosownymi poradami).

Przebolałbym jeszcze te niedogodności, gdyby nie fakt, iż TMNT: OotS samo niejako promuje granie w pojedynkę. Osiągnięć nagradzających zabawę z kompanem za świecą szukać, co więcej – drugi gracz w ogóle ich nie otrzymuje (po ukończeniu dwóch aktów zebrałem pokaźną kolekcję aczików, mój brat w tym czasie nadal pozostawał z pustym kontem). Dodatkowa osoba nie ma też żadnego wpływu na rozwój kontrolowanego przez siebie Żółwia. Statystykami i umiejętnościami zarządza pierwszy gracz. Czarę goryczy przelewa fakt niedostępności co-op’a we wszystkich trybach, jakie oferuje gra (między innymi sesjach treningowych).

KONIEC DZIELENIA SIĘ PIZZĄ

Wobec takiego podejścia pracowników z Red Fly Studio umówiłem się z bratem, że dalsze losy pancernych gadów poznamy na osobnych sejwach. Jak na złość, od tej chwili rozgrywka stała się zdecydowanie bardziej przystępna, czytelna i jasna. Miejsca, gdzie ginęliśmy po kilka razy w trybie współpracy, samotnie pokonywałem bez utraty punktu zdrowia, z zapasem pizzy na plecach. Ta ostatnia to jedna z kilku rodzajów „znajdziek” rozsianych po ulicach Nowego Jorku. Z oczywistych (komiksowych) względów w grze pełni rolę apteczki. Inne cuda to napoje energetyczne (natychmiastowe naładowanie paska umiejętności) albo shurikeny i granaty EMP służące do eksterminacji przeciwników (a właściwie eliminacji poprzez nokaut – Żółwie Ninja brzydzą się zabijaniem).

teenage mutant ninja turtles out of the shadows

A skoro już w temacie walki jesteśmy, jej też należy się osobny akapit. System radzenia sobie z wrogami jest nieźle przemyślany i jak na ironię opiera się w pewnym stopniu o współpracę żółwich braci. Mamy więc dwa podstawowe ataki – dzierżoną bronią i kopniakami. Łączymy je oczywiście w całe sekwencje, wykorzystujące nieraz nawet wszystkich czterech herosów. Skutkuje to oczywiście różnymi efektami: ogłuszeniem, wybiciem w powietrze, wreszcie nokautem. Poza tym Żółwie mają do dyspozycji uniki, ciosy specjalne oraz całe drzewka umiejętności, w które inwestujemy zdobywane wraz z doświadczeniem punkty. Kolejne poziomy wskakują wszystkim czterem braciom jednocześnie i tylko od nas zależy, czy skupimy się na ulepszaniu tego prowadzonego przez nas, czy całej drużyny. Ma to znaczenie o tyle, że w dowolnym momencie możemy się pomiędzy Żółwiami przełączać.

Poza walką nie czeka na nas zbyt wiele urozmaiceń. Zabawa w hakowanie terminali to trywialna minigierka oparta na łączeniu węzłów o odpowiednich kolorach, zaś efektowniejszych momentów, jak choćby ucieczka przed lawiną Mouserów, jest zdecydowanie za mało. Walki z bossami także nie stanowią wyzwania. Ot, więksi przeciwnicy wymagający odrobinę dłuższego okładania po czerepach.

ZABRAKŁO ANCHOIS

Wizualnie TMNT: OotS prezentuje poziom co najwyżej średni i tylko poszczególne animacje walki chce się oglądać bez kręcenia nosem. Tekstury otoczenia straszą niską rozdzielczością, a przeciwnicy to kilka niezbyt zróżnicowanych modeli występujących zwykle grupowo. Całe szczęście, że twórcy pokusili się o zabieg prowadzenia fabuły przy pomocy komiksowych plansz, gdyż nieliczne przerywniki stworzone na silniku gry są sztywniackie i zwyczajnie nieładne. Raz nawet zdarzyło mi się, że po oczyszczeniu pola walki biegałem po całej lokacji szukając jakiegoś ukrytego przełącznika zdolnego popchnąć fabułę do przodu. Winnym był jednak przeciwnik, który ukryty za kontenerem czy inną ciężarówką nie dostrzegał prowadzonej kilkadziesiąt metrów dalej batalii i skutecznie opóźniał wczytanie cut-scenki.

teenage mutant ninja turtles out of the shadows

W przypadku audio sprawa ma się trochę lepiej i dobiegające z głośników muzyczne motywy całkiem nieźle pasują do nieustannej bijatyki prowadzonej na ekranie. W pełni udźwiękowione Żółwie też dają radę i niejednokrotnie wymiana zdań pomiędzy braćmi pozwalała mi uśmiechnąć się pod nosem. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, byłyby to kolorowe napisy (każdy Żółw ma wypowiedzi w innym kolorze), które zlewały się z tłem podczas komiksowych przerywników. Dlaczego wspominam o tym teraz? Bardzo często napisy to swoiste udźwiękowienie dla osób gorzej radzących sobie z językiem innym niż polski, a TMNT: OotS ukazało się tylko w języku Szekspira.

COWABUNGA (?)

Tak właśnie wygląda moje pełne spojrzenie na nową grę o Wojowniczych Żółwiach Ninja. Produkcja mocno kulejąca w co-op, dająca radę w trybie singleplayer i nie wyróżniająca się praktycznie niczym spośród dziesiątek innych przedstawicieli gatunku. Wszystko, czego doświadczymy na ekranie już kiedyś widzieliśmy i było to zrobione lepiej. Czy kupować? Na tą chwilę niekoniecznie. Lepiej poczekać na sensowną obniżkę, wtedy możecie się pokusić.

Na sam koniec krótka refleksja: Żałuję, że temat Wojowniczych Żółwi Ninja, pomimo wielu lat obecności na rynku, w branży gier został wyeksploatowany w tak bardzo niewielkim stopniu (w rozumieniu jakości, nie ilości wydanych produkcji). Czterech zielonych braci aż prosi się o wzięcie na warsztat przez profesjonalne studio, które dostarczy zabawy na poziomie przynajmniej równym tego, co pokazało Rocksteady przy okazji premiery wspomnianego Batmana. Niestety, znacznie prościej jest wydawać kolejne gry na licencji, licząc na łatwy i szybki zysk. TMNT: Out of the Shadows wchodząc na rynek stało się tego niezaprzeczalnym dowodem (kolejnym i zapewne nie ostatnim).

Cóż, na porządną egranizację przygód Leonarda, Michaelangelo, Donatello oraz Raphael’a przyjdzie nam chyba dłuuugo poczekać. Nie jestem bowiem jakoś specjalnie przekonany do sukcesu kolejnej gry o Żółwiach, która ma ukazać się jeszcze w tym roku.