The Vanishing of Ethan Carter – recenzja [PC]
Premiery The Vanishing of Ethan Carter nie mogłem się doczekać, ale w ten piątek wreszcie nadszedł ten dzień kiedy gra w końcu została nam udostępniona. Czas zatem powiedzieć „sprawdzam” i przekonać się czy przygotowany przez The Astronauts debiut spełni oczekiwania szerokiej rzeszy fanów.
Tajemnica Ethana Cartera
W grze wcielamy się w detektywa – Paula Prospero, który przybywa do Red Creek Valley w celu odnalezienia tytułowego Ethana Cartera. Jest to młody chłopiec, który przez przypadek odkrył rzeczy, o których nigdy nie powinien był się dowiedzieć. Napisał on list do naszego protagonisty, w którym prosi go o pomoc. Tego dowiadujemy się w ciągu pierwszej minuty od uruchomienia gry i ten czas to jedyna sytuacja kiedy gra jest w jakikolwiek sposób liniowa, aż do samego zakończenia.
Kim właściwie jest Ethan Carter? Co wydarzyło się w Red Creek Valley? Dlaczego wezwał akurat nas? Ilość pytań z każdą chwilą rośnie, a zbierane przez nas informacje wydają się być skąpe i przeważnie rodzą kolejne pytania zamiast udzielać odpowiedzi.
W trakcie rozgrywki najwięcej dowiadujemy się z monologów Paula Prospero, towarzyszącym nie tylko różnym wydarzeniom, których jesteśmy świadkami, ale również odkrywanym przez nas lokacjom.
Nie ma prowadzenia za rączkę
Wprowadzenie to, w postaci monologu naszego bohatera, towarzyszy nam podczas krótkiego spaceru tunelem kolejowym. Kiedy tylko z niego wychodzimy kończy się jakiekolwiek prowadzenie za rączkę, a my jesteśmy rzucani na głęboką wodę. Sugeruje to dodatkowo stosowna informacja od developerów.
Interfejs
Przez całą rozgrywkę możemy zapomnieć praktycznie o jakiejkolwiek pomocy, wskazówkach interfejsu czy choćby mapie. Ograniczony do minimum interfejs to kapitalna sprawa, bo dzięki temu całkowicie zanurzamy się w świecie gry. Żadnych dziwnych checkpointów, żadnych ikonek czy „świecących monet”.
Szukanie przedmiotów
Oczywiście gry przygodowe bez poszukiwania przedmiotów i używania ich w celu rozwiązania łamigłówek nie mają racji bytu, więc nie inaczej jest również w tym przypadku. W bardzo ciekawy sposób rozwiązano jednak najbardziej irytujący element rozgrywki, czyli tzw. pixel hunting. Zamiast przeszukiwać pobliskie haszcze centymetr po centymetrze, Paul Prospero posiada specjalną umiejętność pozwalającą mu zobaczyć poprzez specjalną „wyrwę” położenie interesującego nas przedmiotu. Na podstawie zaprezentowanego w ten sposób otoczenia i kierunku, w którym znajduje się przedmiot, nadal musimy włożyć nieco wysiłku w jego odnalezienie, ale jest to zdecydowanie przyjemniejszą procedurą i co więcej – nadal spójną ze światem gry.
Rozwiązywanie zagadek
W trakcie rozgrywki natkniemy się również wielokrotnie na ciała, w przypadku których będziemy musieli wydedukować co było bezpośrednią przyczyną śmierci i jak do tego zdarzenia doszło. Odbywa się to w ciekawy sposób, bowiem docieramy na miejsce zbrodni „po fakcie”, a następnie przystępujemy do rekonstrukcji wydarzeń poprzez odnajdywanie kolejnych poszlak, a w końcu – poprzez odtworzenie odpowiedniej kolejności wydarzeń. Na szczęście mamy nieskończoną ilość prób, więc nawet jeśli niepoprawnie uporządkujemy kolejność wydarzeń, to możemy nanieść odpowiednie poprawki i spróbować jeszcze raz.
Najtrudniejsze wydaje się być odnalezienie wszystkich „elementów układanki”, ale w każdym z przypadków mamy do czynienia z elementami połączonymi ze sobą w logiczny sposób. Chwała za to The Astronauts, bowiem niczego w grach przygodowych nie darzyłem tak szczerą nienawiścią jak „zabawnych pomysłów” developerów w stylu „użyj puszki spreju na kocie”.
Otwarty świat
Do tej pory mieliśmy do czynienia z różnego rodzaju sandboxami i otwartymi światami. W większości przypadków jednak swoboda ogranicza się wyłącznie do tego, w jakim kierunku się udamy, bowiem opowieść i tak jest już z góry zaplanowana i prędzej czy później łapiemy się na tym, że mimo wszystko mamy do czynienia z grą liniową.
Nie tak to wygląda w przypadku The Vanishing of Ethan Carter. Tutaj otwarty świat oznacza w pełni otwarty świat – już od pierwszych minut rozgrywki wyłącznie od nas zależy gdzie się udamy, jakie zagadki rozwiążemy i przede wszystkim – w jakiej kolejności. Nie ma tutaj żaden „właściwej” kolejności rozwiązywania zagadek. Nie ma „właściwej ścieżki” jaką powinniśmy podążać, ani tym bardziej żadnych wskazówek w jakim kierunku powinniśmy ruszyć.
Możemy być w połowie rozwiązywania zagadki morderstwa stojąc po kostki w krwi ofiary i w tej samej chwili kompletnie to olać i ruszyć na eksplorację świata. Jaka spotka nas za to kara? Żadna poza niezaspokojoną ciekawością, która i tak sprawi, że wrócimy.
Nie wszystko złoto
The Vanishing of Ethan Carter nie jest grą pozbawioną pewnych problemów i choć moim zdaniem jest ich niewiele i są marginalne, to warto jednak o nich wspomnieć.
Choć mój sprzęt mocno przeskakuje minimalne wymagania sprzętowe (Intel i7 2.6GHz, 16GB RAM i NVIDIA GeForce GT650M z 1GB pamięci), to nadal były spore problemy z płynnością – głównie były to momenty doczytywania kolejnych sekcji świata gry. Niższa rozdzielczość (domyślnie było to 1440×900) i najniższy możliwy poziom detali niewiele zmieniały w tej materii. Byłem świadomy, że przy maksymalnych detalach gra będzie się dławić, ale nie spodziewałem się takich skoków przy najniższych ustawieniach.
Brak jakichkolwiek informacji na temat naszych postępów w grze wiąże się z dodatkowym problemem już na samym jej końcu – otóż dopóki nie odnalazłem i nie rozwiązałem trzech dodatkowych zadań, nie mających bezpośredniego związku z głównym wątkiem fabularnym, nie mogłem obejrzeć zakończenia. Przyznaję, że mimo wszystko warto było się wrócić, bo były to ciekawe zadania w intrygujący sposób rozszerzające świat gry, to jednak bieg na drugi koniec mapy w celu odnalezienia jednego detalu potrafi być irytujący.
Kilkukrotnie miałem również wątpliwą przyjemność spotkać się z „ucinaniem się” muzyki przygrywającej w tle. Być może wiązało się to z przejściem do innej części świata gry, ale zamiast innego utworu, w tle panowała kompletna cisza (nie licząc np. szumu liści).
Jako ostatni minus mimo wszystko postanowiłem wymienić czas gry. Otóż The Vanishing of Ethan Carter można ukończyć w ok. 4 godziny, co nie jest specjalnie długim czasem zabawy. Choć dla mnie osobiście większe znaczenie ma jakość, a nie ilość, to wiem że wiele osób przywiązuje do tego dużą wagę i może czuć się w pewien sposób zawiedziona.
Co było zatem dobre?
Największe wrażenie na mnie zrobiła pełna swoboda z jaką możemy poruszać się po świecie gry. Nie każdy zakamarek musiał coś skrywać, nie wszędzie musiało być coś ukryte, a i tak obszedłem wszystkie lokacje tak dokładnie jak tylko było to możliwe. W końcu miałem wrażenie, że faktycznie to ja decyduje o tym co chcę zrobić, o czym chcę się więcej dowiedzieć i co zbadać, a nie twórcy.
Ogromnym plusem jest przepiękna oprawa audiowizualna, bo trudno przy okazji wspaniałych doznań wizualnych nie wspomnieć także o świetnej ścieżce dźwiękowej. Już od pierwszych chwil towarzysząca nam muzyka idealnie podkreśla atmosferę dodając jej nieco grozy, z nutką surrealizmu. Choć na nieboskłonie widzimy słońce rozświetlające praktycznie każdy zakamarek Red Creek Valley, to dzięki muzyce ciężko pozbyć się towarzyszącego przez cały czas uczucia niepokoju. Pod tym względem The Vanishing of Ethan Carter to dzieło kompletne i po prostu genialne.
Produkcja studia The Astronauts potrafiła całkowicie wciągnąć mnie do swojego wnętrza – brak ikonek czy znaczników okazał się skutecznym zabiegiem, a system podpowiedzi zamaskowany jako „umiejętność” Paula Prospero to świetne rozwiązanie wspaniale wkomponowujące się w rozgrywkę. Podobnie jak wyskakujące sugestie na temat odnajdywanych przedmiotów bądź miejsc – idealnie odwzorowywały to, jak wyciągamy wnioski na temat tego, co widzimy przed oczami.
Czas na podsumowanie
Dla mnie The Vanishing of Ethan Carter jest jak dobre, choć krótkie opowiadanie z gatunku Weird Fiction.
Prawdziwa powieść z gatunku weird fiction, przedstawia coś więcej niż skrytobójstwo, krwawe kości czy prześcieradło dzwoniące łańcuchami. Konieczna jest klaustrofobiczna atmosfera lęku niemożliwego do wytłumaczenia, obecność nieznanych mocy; niezbędna jest sugestia, wskazująca na powagę i złowieszczość tematu, przedstawiającego najbardziej przerażające wyobrażenie ludzkiego umysłu – złośliwe i szczególne zawieszenie lub unieważnienie tych stałych praw natury, które są naszą jedyną ochroną przeciw napastowaniu przez chaos i demony niezgłębionego kosmosu.
Aby najlepiej opisać tę produkcję chętnie użyłbym niezbyt lubianego określenia, że The Vanishing of Ethan Carter to nie do końca gra, a raczej pewne doświadczenie, przeżycie. To produkcja, którą dzięki prostym zabiegom chłoniemy wszystkimi zmysłami.
Tym, co jednak sprawiło, że jestem zachwycony tą grą jest fakt, że po jej ukończeniu zacząłem mocno zastanawiać się nad jej zakończeniem. Z pozoru jest ono proste i stanowi pewne podsumowanie historii, ale kiedy zastanowimy się chwilę nad nim i zaczniemy uważniej przyglądać się detalom w świecie gry podczas drugiego przejścia, można zauważyć, że za pierwszym razem ledwie posmakowaliśmy wierzchniej warstwy. Ta wielowarstwowość, te pojawiające się w naszej głowie po jej ukończeniu pytania i zmuszanie do zastanowienia się nad nią, są największymi atutami tej produkcji.
The Vanishing of Ethan Carter jest produkcją krótką, ale oferującą przez cały czas mocne doznania. Dla mnie to o wiele lepszy wykładnik niż fakt, że spędzę 15 godzin pląsając po świecie gry bez sensu. Owszem, pozostawia pewien niedosyt i już teraz chętnie zagrałbym w kolejną tego typu produkcję, ale jest to bardzo pozytywne uczucie.
Tak jak napisałem kilka zdań wyżej – to krótkie opowiadanie z gatunku Weird Fiction, które między wierszami zawiera sporo ciekawostek i niuansów na temat nie tylko prezentowanego świata i jego bohaterów, ale przede wszystkim – na temat naszej postaci. To fascynująca przygoda, którą mogę polecić z czystym sumieniem.
Egzemplarz gry do recenzji został zakupiony z własnych środków.












