Asset 3

Wii U – co poszło nie tak?

Piotr Wasiak / 28.02.2015
komentarze: 0

Jak pewnie wiecie, niespodziewanym zwycięzcą poprzedniej generacji konsol było Nintendo ze swoim Wii, które jako pierwsze zaprezentowało gry kontrolowane ruchem. Microsoft i Sony dopiero później pokazało swoje podejście do tematu ruchowych kontrolerów i było ono bardziej zaawansowane niż to, co zaprezentowało Nintendo. Finalnie pozamiatał Microsoft ze swoim Kinectem – który po prostu całkowicie wyeliminował potrzebę trzymania czegokolwiek w rękach… Niemniej – salony casualowych graczy zostały zdobyte nie przez Xboxa i Playstation, ale przez Nintendo i jego Wii.

Magia Wii

Aby analizować sukces Wii i porażkę jego następcy, musimy wiedzieć z czym mamy do czynienia. Wii to malutka, niepozorna skrzyneczka, w kolorze białym (albo innych jeśli mówimy o wersji kolekcjonerskiej), która jest zgodna z grami z GameCube, ale, przede wszystkim, pozwala na granie w gry sterowane ruchem. W dłoń łapiemy pada, który wygląda jak pilot do telewizora, a w drugą dłoń – kontroler który przypomina gruszkę i gramy sami, lub w kilka osób. Tzw. sensor bar umieszczony nad lub pod telewizorem wykrywa ruch kontrolerów i voila! Można sterować rozgrywką.

Wii

Konsola japońskiego producenta miała znacznie niższe parametry techniczne od konkurencji – Xboxa 360 i PlayStation 3. Nie miała też wyjścia HDMI, ani wbudowanego odtwarzacza BluRay i wyświetlała obraz tylko Standard Definition, czyli maksymalnie 576 linii… Powiedzmy sobie szczerze – każdy hardkorowy gracz który widział te parametry techniczne parskał śmiechem – a było to 10 lat temu.

Ale śmiech trwał tylko do czasu. Kiedy pograło się chwilę na Wii w kręgle, w boks, w tenisa czy w ruchową wersję Mario. Szybko okazywało się, jak niezwykle miodna jest to rozrywka. Gry na Wii były proste, ale wciągające i, co najważniejsze, stawiały na zabawę rodzinną. Przy tej konsoli zarówno dzieciaki dobrze się bawiły z tatą, jak i mama mogła spróbować sił w grach ułatwiających trening fitness. Wii było chwalone za to, że zmusiło dzieciaki do ruchu (kto grał w boks na Wii, wie, że po paru rundach naprawdę ma się zakwasy w rękach). Przy tym – było tańsze, mniejsze i cichsze niż konsole konkurencji. I to spowodowało, że Wii sprzedało się w ponad 100 milionach egzemplarzy na całym świecie, czyli najlepiej ze wszystkich konsol poprzedniej generacji.

Co próbowano osiągnąć z Wii U?

Nintendo, jak każda firma po osiągnięciu sukcesu próbuje powielić ów sukces. Ale przy Wii U popełniono te same błędy które popełniono przy Wii i dodano do tego kilka kolejnych.

Błąd zaczął się od samego planowania. Sama nazwa „Wii U” sugeruje, że nie mamy do czynienia z nowym produktem, tylko z jakąś tylko lekko odświeżoną wersją Wii (albo wersją premium). Prostszym zabiegiem, choć nie tak ładnym jak wymyślenie nowej nazwy, byłoby dodanie zwyczajnej „dwójki” w nazwie. „Wii 2” brzmi lepiej. Nie tak tajemniczo, ale jednocześnie więcej wyjaśnia. Myślenie jest oczywiste. Nie kupię „poprawionej wersji Wii”, skoro poprzednia działa. Mało kto zdawał sobie sprawę jakie różnice występują pomiędzy Wii i Wii U. Zresztą nie było to mocno akcentowane.

Nintendo Wii U

Poza tym nie zachęcały pierwsze reklamy Wii U. Pokazywano na nich bowiem… tylko kontroler. Ma on, przypomnę, kształt tabletu. Ma swój własny ekran, gałki analogowe i przyciski oraz, oczywiście, rozmaite akcelerometry, które mają pozwolić, jak w przypadku poprzedniczki, na sterowanie grą za pomocą ruchu. Pokazanie na początek tylko kontrolera, który wyglądał jak tablet do grania, i to w czasie kiedy nie była to żadna rewolucja, bo od kilku lat na rynku był iPad, było marnym posunięciem. Pomijam już fakt, że prezentacja „tabletu” nie mówiła wprost, że mamy do czynienia z konsolą stacjonarną.

Kolejnym błędem Nintendo z Wii U było niedookreślenie targetu konsoli. Wii było hitem wśród osób, dla których była to pierwsza w życiu konsola… Ale oni nie kupią swojej pierwszej konsoli po raz drugi. Jeśli wciągnęli się w granie – chcą już czegoś „bardziej”. Jeśli natomiast Wii ich nie przekonało do grania – to nie kupią żadnej. Wii U co prawda ma już i HDMI i Full HD i nawet – wsparcie dla 3D – ale parametry nadal ma porównywalne bardziej z Playstation 3 i Xboxem 360 niż z następcami wspomnianych urządzeń do grania.

Nintendo WiiU

Wreszcie dochodzimy do największego kłopotu jaki mają wszystkie chyba platformy sprzętowe. Chodzi mianowicie o samonapędzające się koło sprzedaży sprzętu i oprogramowania. W skrócie: producenci tworzą gry na popularne platformy, bo na nich można zarobić. A znaczna liczba gier na daną platformę sprawia, że jest ona kupowana przez coraz większą liczbę użytkowników. Koło. Historia zna wiele genialnych platform sprzętowych (mam tutaj na myśli nie tylko konsole do gier, ale też, na przykład, komputery osobiste), które pomimo zastosowania świetnych rozwiązań, nigdy nie przebiły się do mas. W tej chwili Wii U nie jest kupowane dla tego, że niewiele jest na nią gier, a producenci nie tworzą nowych – bo jest niewiele urządzeń na rynku.

Gdzie teraz?

Nintendo to firma innowacyjna. Bezapelacyjnie. Jej przenośna konsola 3DS zostawia daleko w tyle inne małe, przenośne urządzonko – PS Vitę, a w styczniu tego roku – handheldzik Nintendo prześcigał nawet w sprzedaży Xboxa One. Nintendo ma szansę uratować Wii U – między innymi ułatwiając developerom (także niezależnym) publikowanie swoich gier na tę platformę. Zbudowanie wygodnego (podkreślam: wygodnego) w użyciu sklepu online z grami do kupienia z poziomu konsoli – także by nie przysporzyło platformie strat. Bo w salonie, pod telewizorami wielu graczy, jest nadal miejsce na konsolę Nintendo!

Bardzo wierzę w produkty tego Japońskiego potentata gier. To firma którą wielu Polaków kojarzy – choćby z klona SNESA, czyli swojskiego Pegasusa. To firma która dała nam Mario i wiele innych, sławnych, postaci. Co dalej? Czekamy, bo jedno jest pewne – niejednym nas jeszcze zaskoczą!