Asset 3

SOMA – recenzja [PS4]

Konrad Ptasiński / 24.09.2015
komentarze: 0

Frictional Games ma w swoim dorobku gry, które powszechnie uznawane są za jedne z najstraszniejszych produkcji ostatnich lat. Nic więc dziwnego, że kiedy ogłoszono prace nad kolejnym horrorem tego studia, oczekiwania fanów były wygórowane. Do tego sami twórcy stwierdzili wcześniej, że ich najnowsze dziecko czyli SOMA, będzie przynajmniej tak straszne jak Amnesia, zaznaczając przy tym jednak, że osiągnięte to będzie w nieco inny sposób. Jaka więc jest SOMA? Zapraszam do recenzji.

Życie w głębinach

Dla Waszego dobra postanowiłem wstrzymać się i tylko pokrótce przestawić o co właściwie w tej grze chodzi. SOMA wrzuca nas w buty Simona, który to w pewien sposób znalazł się w dosyć nieciekawym położeniu, jakim jest opuszczona, podwodna jednostka badawcza PATHOS-II. Jak łatwo się domyślić, miejsce to nie należy do najbezpieczniejszych, a celem naszego bohatera będzie… Dobra, wystarczy.

To jedna z tych gier, które opowiadają swoją historię w taki sposób, że uchylenie nawet najmniejszego rąbka tajemnicy może poważnie uprzykrzyć Wam samodzielne jej poznawanie. Osobiście przed zagraniem omijałem szerokim łukiem nawet zwiastuny tego tytułu i muszę przyznać, że była to doskonała decyzja.

Opowieść w tej grze to zdecydowanie jeden z jej najmocniejszych aspektów i w ostatnim czasie mało która gra potrafiła osiągnąć zbliżony poziom fabularnego efektu WOW, dostarczając mi satysfakcjonujące i skłaniające do przemyśleń zakończenie.

SOMA

Podczas rozgrywki zazwyczaj mamy jasno określony cel. Czasem jest to odblokowanie drzwi, innym razem zebranie pewnych komponentów, od czasu do czasu trafimy też na nieskomplikowane zagadki do rozwiązania. Gameplay nie nudzi, a chęć odkrycia wszystkich tajemnic skutecznie popycha do przodu i zachęca do zwiedzania pobocznych, ciemnych zakamarków, bo nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozejrzeć się po okolicy. Możemy wejść do jakiegoś pokoju, pootwierać szafki i poprzesuwać większość przedmiotów, a czasem, przy bardziej rozległych sekwencjach, poszukać w głębi oceanu innych „nieobowiązkowych” pomieszczeń. Dzięki temu poznamy dodatkowe szczegóły fabularne, więc gra jest warta świeczki. Jednak u podstaw SOMA jest liniowa, mimo że zdarzają się tutaj momenty, w których możemy dokonać pewnego wyboru. Te z kolei zawsze dotyczą kwestii trudnych, wymagających głębszego zastanowienia się.

Podziwiam widoki, ale trochę się cykam

Horror w najnowszej produkcji Frictional Games to sprawa bardzo specyficzna. Owszem, gra jest straszna (szczególnie od połowy), uczucie niepewności towarzyszyło mi stale, bywało nawet, że serce chciało wyskoczyć i uciec z pokoju, ale rozgrywka nie jest takimi momentami „zapchana”. Zdecydowanie nie był to najstraszniejszy horror w jaki grałem. Ale wiecie co? Mi się to podobało. Wiem, że wydaje się to trochę dziwnie, ale uważam, że w SOMA osiągnięto bardzo dobry balans pomiędzy typowym straszakiem, a grą chcącą skupić uwagę gracza na otoczeniu, które tutaj jest przepiękne. Ciężko byłoby mi dostrzec kunszt z jakim odwzorowano oceaniczną głębię, gdyby towarzyszyło mi nieustające przerażenie. A uwierzcie mi, że jest na co popatrzeć.

Podróż po dnie oceanu to jeden z najpiękniejszych momentów tego tytułu. Niewyraźna przestrzeń przecinana unoszącymi się wszędzie drobinkami podwodnych odpadków, przytłumione nawoływania pływających gdzieś w oddali waleni, wrażenie ociężałości, wszechobecna fauna i flora i doskonała, spajająca to wszystko kolorystyka – tworzyło to wrażenie tak obce, że czułem się momentami jak na innej planecie. Brawa dla twórców.

Soma

Dużą rolę w budowaniu nastroju odgrywa niesamowita warstwa dźwiękowa. Począwszy od klimatycznych ambientów, poprzez skrzypiące pod naporem wody konstrukcje budynków, na chrypliwych i charczących odgłosach napotkanych istot skończywszy. Te ostatnie dźwięki oprócz tego, że są przerażające, potrafią być dodatkowo bardzo użyteczne. Nierzadko od śmierci uratowało mnie nasłuchiwanie kroków i charknięć. Krótko mówiąc, audio jest takie jakie w horrorze być powinno – konsternujące, momentami niespodziewane, utrzymujące atmosferę.

Na uwagę zasługują również świetnie wykonane potwory, które swoim wyglądem i zachowaniem wzbudzają lęk. Jednego, który przez chwilę gapił się na mnie w bezruchu po czym „podszedł” do mnie w wynaturzony, przyspieszony sposób, zapamiętam na długo. Zdziwi Was jak mało jest tych istot w całej grze. Każdy ich rodzaj (tych jest od 4 do 6, zależy jak na to patrzeć) pojawia się raz lub dwa razy, rzadko częściej. Jednak biorąc pod uwagę czas rozgrywki (ok. 10 godzin) oraz jej strukturę, to nie odczułem tego jako coś złego.

SOMA

Każdy ma jakieś małe grzechy

Niestety nie ma gier idealnych, więc i SOMA ma swoje za uszami. Największą wadą jaką dostrzegłem są zwykłe kwestie techniczne, które być może zostaną poprawione przy okazji aktualizacji. Chodzi głównie o okazjonalne problemy z płynnością – klatki spadały czasem do zauważalnie niskiego poziomu. Co ciekawe, zaczęło mi to doskwierać dopiero mniej więcej w połowie gry. Dodatkowo każdy moment zapisu zamraża rozgrywkę na kilka sekund. Nie dało się tego zrobić „w locie”? Raz gra się przez to zawiesiła i musiałem ją zrestartować. Z innych kwestii – długa i nudnawa „zabawa w chowanego” z jednym potworem. Może i było strasznie, ale ile można chować się od kąta do kąta…

Jak widzicie powyższe problemy to nie coś co zabiłoby Wasze doświadczenia z grą. Co najwyżej lekko zaburzają one misternie zbudowane wcześniej uczucie immersji, ale szybko się o tym zapomina i gra toczy się dalej.

SOMA

Słowo na koniec

Grając w najnowsze dzieło Frictional Games bawiłem się wyśmienicie. Głównie za sprawą intrygującej historii, która wciągnęła mnie po same uszy i nie dawała oderwać się od telewizora na długie noce. SOMA nie tylko jest godnym uwagi horrorem, ale również grą, która wystawia na próbę naszą moralność, nie boi się poruszać trudnych tematów i zadaje pytania, na które nie ma jasnej odpowiedzi. To jeden z tych tytułów, których nie powinien przeoczyć żaden gracz.