Playing Daily

Pamiętniki z Boliwii – cz. 1

Opublikowany:
Przez: Andrzej Kała

Kiedy nawet drobne promienie słońca widoczne za oknem nie są w stanie przegonić zimowej szarugi, nie pozostaje nic innego jak szybki wypad do cieplejszych krajów aby nieco podładować organizm witaminą D. Trudno też o lepszą okazję na taki wypad niż Ghost Recon: Wildlands! Witajcie w „Pamiętnikach z Boliwii”.

La bienvenida a Bolivia!

Po krótkim wprowadzeniu w obecną sytuację geopolityczną wirtualnej Boliwii, wiedziałem już, że z drinków z palemkami raczej nici, a zamiast byczenia się na plaży pozostaje starcie z bykiem, który ma na twarzy więcej tatuaży niż wszyscy wokaliści zespołów niu-metalowych razem wzięci. Choć nadal pozostaje cień szansy, że i jakąś plażę odwiedzę…

Takich trzech jak nas dwóch to ani jednego…

Wypady wakacyjne solo są nudne, więc pomyślałem, że lepiej będzie wyskoczyć większą ekipą. Pierwszy rekonesans zrobiliśmy w duecie, co już na samo powitanie skończyło się wysłuchaniem jęczenia lokalnego rebelianta, jak to oni sobie nie mogą poradzić w stu, a nas wpada tylko czterech… a w zasadzie to dwóch. Chłopak nie był z resztą szczególnie bystry, ale o tym za chwilę.

Ledwo chwilę się ogarnęliśmy i już trzeba było skoczyć po jednego „z nich”, bo go złe chłopki przetrzymują, torturują i kto wie co jeszcze mu robią.

Zapakowaliśmy sprzęt, naciągnąłem gatki z liśćmi, kurtkę z liśćmi i czapeczkę z daszkiem, no i wyruszyliśmy na poszukiwania zguby. Oczywiście „po hamerykańsku”, z impetem, na przełaj, bo w końcu dostaliśmy motocykle terenowe. Wtedy też po raz pierwszy przekonałem się czym jest base jumping i dowiedziałem się, że z motocykla atakującego frontalnie skałę można całkiem nieźle się wybić.

Koniec końców wpadliśmy na rejon, wszystkich ziomali spacyfikowaliśmy, zwinęliśmy „poszkodowanego” i przy pomocy bojowego śmigłowca wróciliśmy do… nazwijmy to „bazy rebeliantów”.

The genius!

Wpadamy do środka, zmęczeni, trochę przykurzeni, zguba cała poobijana i zakrwawiona zatacza się, ale żyje, a nasz „lokalny gamoń” podchodzi do tego typa i pyta „czy wszystko w porządku?”. Ścisnąłem mocniej zwieracze, zamknąłem oczy i zacząłem się zastanawiać jak mogłaby wyglądać rewitalizacja starego bulbulatora. Kiedy uspokoiłem wewnętrzne salwy śmiechu, miałem ochotę spytać obecnych czy serio dziwią się, że Boliwia ma taki problem z kartelami skoro rebelianci są tak bystrzy, ale dałem sobie spokój. Pewnie nikt by nie załapał, a jeszcze by się obrazili.

Spacer po okolicy

Oczywiście jedyne co rebelianci wiedzieli to „gdzie są żółte teczusie”, więc szybko okazało się, że ich przydatność w kwestii wywiadu może być mocno ograniczona. Na szczęście ten drobny feler nadrabiają liczebnością, więc przydają się jako wsparcie.

Mój towarzysz, zwany również Squallem, uświadomił mnie, że wie gdzie jest super karabin snajperski i on mnie tam zabierze i się dozbroimy w porządną broń.

Serio, nosiliśmy okulary przeciwsłoneczne w nocy. Boliwia to dziwny kraj…

Szybko okazało się, że o ile jest w stanie utrzymać śmigłowiec w powietrzu kiedy panuje względny spokój, to jednak unikanie rakiet ziemia-powietrze nie jest jego mocną stroną. Śmigłowiec przestał istnieć w ułamku sekundy, a ja wraz z wrakiem spadłem na ziemię.

Dzięki wytężonemu treningowi zwieraczy nie odpadłem od wraku nawet kiedy toczył się po zboczu góry, co pozwoliło mi na dokładną obserwację jak mój kompan zamiast mnie reanimować, skutecznie oddala się w kierunku naszego celu szepcząc coś o tym, że „idą tu” i „dużo ich” oraz jakimś tam respieniu się na plecach czy coś takiego. Widać, że można oddać mu w ręce swoje życie i być spokojnym…

Silne zwieracze to zasługa wielu lat ćwiczeń!

Zupełnie inaczej wygląda to w moim przypadku! Ja zawsze dbam o swoich! Leczę, osłaniam, nie zostawiam na polu walki! Mam na to dowody, które możecie zobaczyć poniżej.

Niestety ewidentnie muszę popracować nad kondycją, bo co jak co, ale nigdy nie chcą padać blisko tylko zawsze się człowiek musi nabiegać…

Goście od koki to nie byle gwizdki

Przyznaję, że pierwsze starcia z łysymi nie należały do szczególnych wyzwań – tak mocno się wtopiliśmy w trawniki, że tylko piach strzelał między zębami. Wojaki z kartelu nawet nie miały okazji sięgnąć po broń – fiut z procy i co chwilę ktoś padał, a ułamek sekundy jego kompan. Prawdziwa robota duchów!

Z czasem jednak okazało się, że chłopaki dostają nieco lepszą broń (co akurat niespecjalnie przeszkadza), ale też i lepsze pancerze, więc trzeba było się trochę mocniej nastrzelać.

Wyrwało mnie jednak z butów kiedy okazało się, że kokainowi rycerze nie tylko potrafią strzelać i biegać, ale także odstawiać srogi brekdens i udawać trupa! Zobaczcie sami! Po prostu szczena ryje podłogę!

Kochaj cywila swego jak siebie samego

Już od pierwszych minut oczywiście zaczęło się marudzenie, że mamy uważać na cywili, nie strzelać, nie kopać, nie krzyczeć i takie tam.

Staramy się to sumiennie wypełniać, poruszamy się ostrożnie, strzelamy celnie i generalnie dokładamy wszelkich starań aby nikt poza łysymi nie oberwał.

No dobra, zdarzyło się raz, że jak atakowaliśmy obóz z koksem… znaczy ten, z samolotem z medykamentami, konieczne było użycie rebelianckiego wsparcia przy pomocy mortaru, no ale to wiecie – nie nasza wina, że te ślepaki nie potrafią odpowiednio wycelować. Mówiliśmy gdzie mają walnąć dokładnie, a im się chyba nieco liczby pomyliły, albo coś nie zrozumieli… no trudno. Życie.

A! No i jeszcze była taka jedna sytuacja, jak jechaliśmy sobie terenóweczką, że mnie nieco poniosło na zakręcie i skosiłem jednego cywila bokiem, ale powiedziałem Squallowi, że to był chyba jakiś „leżący policjant”. Wydaje mi się, że łyknął.

Dzień pełen wrażeń…

Nie da się ukryć, że dzień był bardzo męczący. Okolica jednak jest piękna, cywile bardzo uprzejmi, a jedzenie dobre. Pogoda też przeważnie dopisuje, choć i bywały momenty deszczowe.

Na koniec pierwszej części „Pamiętników z Boliwii” zostawię Was ze świetnym żartem wojskowym. Śmiałem się jak dziki. Serio, kawał solidnego suchara. A ja idę szamać mięsnego jeża i uderzam w kimono, w końcu trzeba nieco zregenerować siły!