Asset 3

Driver: San Francisco – recenzja [X360]

Andrzej Kała / 17.05.2014
komentarze: 0

Od czasu kiedy miałem okazję zagrać w pierwszą odsłonę serii Driver minęło tak wiele lat, że w zasadzie jedyne co pamiętam z tamtego okresu to świetna muzyka niczym z filmów i seriali sensacyjnych lat 70tych i kapitalny model jazdy pozwalający na latanie bokami klasycznymi, amerykańskimi muscle carami. Czy Driver: San Francisco to udany powrót do tych korzeni?

Nim w 2011 roku Ubisoft wypuścił tę odsłonę, po drodze było jeszcze kilka części serii Driver, ale każda kolejna była niestety coraz słabsza. Tak więc można założyć, że od powodzenia tej części zależały losy całej marki i ew. kontynuacji przygód Tannera. W ramach nadrabiania zaległości i ogrywania gier, w które „chciałbym kiedyś zagrać”, wrzuciłem do napędu mojej 360-tki Driver: San Francisco aby przekonać się, czy jest szansa na kilka godzin dobrej zabawy.

Tanner, Jones i Jericho

Driver: San Francisco

Warstwa fabularna w Driver: San Francisco jest równie rozbudowana i ambitna jak w większości filmów z okresu lat 70tych, gdzie główną atrakcją były pościgi szybkich samochodów w ruchu ulicznym. Możecie zatem odpuścić sobie wyczekiwanie zaskakujących zwrotów akcji, czy niesamowicie przemyślanych postaci. Jest sobie ten zły – Jericho, który chce zarobić gruby szmal i ucieć z kraju, jest inny zły, który ma kasę i chce uciec z więzienia.

Gra rozpoczyna się od ucieczki Jericho, który następnie będzie knuł jak wydostać swojego „kumpla” z więzienia, a naszym zadaniem – zadaniem Tannera jest powstrzymanie go. Pomagał nam będzie dowcipny, choć kompletnie bezużyteczny partner – Jones.

Niestety podczas pościgu za uciekającym Jericho nasz bohater rozbija samochód i w następstwie odniesionych w wypadku obrażeń zapada w śpiączkę, co stanowi usprawiedliwienie dla kilku ciekawych mechanizmów rozgrywki jakie oferuje Driver: San Francisco, a jednocześnie sprawia że cała historia jest niedorzeczna.

Grunt to dobra zabawa

Driver: San Francisco

Podchodząc do tej produkcji nastawiałem się przede wszystkim na ostrą jazdę po ulicach wirtualnego San Francisco, siedząc za kółkiem nie tylko nowych samochodów, ale także i rasowych klasyków. Nie zawiodłem się! Ilość zajęć jakie oferuje nam gra na wielkiej, otwartej mapie miasta, jest po prostu przytłaczająca.

San Francisco podzielono na cztery strefy, a dostęp do każdej kolejnej jest odblokowywany wraz z naszymi postępami w grze. Jeśli więc lubicie wszelkiego rodzaju zbieractwa, zadania poboczne i chcecie wycisnąć ostatnie soki z gry, najpierw skupcie się na misjach fabularnych. Ja początkowo w tradycyjnym dla siebie stylu, zacząłem zaliczać różne zadania poboczne kompletnie olewając fabułę, a niestety – wykonanie niektórych zadań bez odpowiednich samochodów jest niemożliwe, już nie wspominając o ograniczonym polu zabawy.

Ukończenie fabuły zajmuje ok. 6-7 godzin, ale… jeśli spodoba Wam się klimat i model jazdy, to developerzy przygotowali kilkadziesiąt zadań pobocznych, które zapewnią Wam zabawę na kolejne kilkanaście godzin albo i więcej. Mamy tutaj praktycznie wszystko, co tylko da się robić za pomocą samochodu – pościgi policyjne, wyścigi uliczne, skoki wyczynowe, kręcenie materiałów wideo do serialu, a na dokładkę jakby komuś było mało – natłok mini zadań takich jak: „jedź pod prąd przez 10 sekund”, „wyskocz z lawety sześcioma samochodami” czy „driftuj przez 80m”.

Nie ukrywam, że zdarzają się misje frustrujące, bądź totalnie bezpłciowe ale to zaledwie ułamek z nich i przeważnie są to misje fabularne – we wszelkich zadaniach pobocznych twórcy dali się odrobinę ponieść fantazji.

Driver: San Francisco

O mały włos zapomniałbym o jednej kapitalnej misji pobocznej na jaką natknąłem się w trakcie gry. Otóż miałem okazję zasiąść za kółkiem zielonego Forda Mustanga, a moim zadaniem było ściganie czarnego Dodge’a Chargera. Myślę, że większość fanów starych samochodów będzie kojarzyła do jakiego filmu jest to odniesienie 😉

Bardzo możliwe, że takich smaczków jest więcej, ale nie ukończyłem jeszcze wszystkich zadań pobocznych.

Shift i inne bajery

Driver: San Francisco

Jak już wspomniałem – nasz protagonista przez znakomitą większość gry pozostaje w śpiączce, co jest wykorzystane jako uzasadnienie dla nowej mechaniki nazwanej Shift. Dzięki niej Tanner jest w stanie „przeskoczyć” do praktycznie dowolnego samochodu w grze w dowolnym momencie. Brzmi to może i głupio, ale w rzeczywistości świetnie się sprawdza i daje mnóstwo frajdy.

Jeśli jednak myślicie, że dzięki temu zgubienie pościgu policyjnego czy wyeliminowanie ścigających nas przeciwników robi się banalnie proste, to jesteście w błędzie. Twórcom udało się świetnie zbalansować rozgrywkę, przez co nie czujemy się bogami.

Oprócz Shiftu posiadamy również możliwość taranowania samochodów przeciwników, oraz coś w stylu turbodoładowania. Obie umiejętności zdobywamy „z czasem”, ale następuje to stosunkowo szybko.

Oprawa audiowizualna

Driver: San Francisco

Choć tytuł ukazał się pod koniec 2011 roku, to zestarzał się całkiem godnie i choć nie zachwyca wizualnie, to mimo wszystko wygląda całkiem ok. Owszem, najbardziej szczegółowy wydaje się model wozu Tannera, ale jak na ilość zawartych w grze pojazdów trudno odmówić im dopracowania. Tak, od Driver: San Francisco wieje poprzednią generacją bardzo mocno, ale gra bez problemów plasuje się jako „ładna, choć bez szału”.

Niecodzienny zabieg zastosowano w przypadku cutscenek, które są mieszanką prerenderowanych sekwencji i ujęć stworzonych za pomocą silnika gry. Sam nie wiem czy to wygląda śmiesznie, czy jest rewelacyjnym zabiegiem 🙂

W przypadku warstwy audio na wyróżnienie zasługuje ścieżka dźwiękowa, która zawiera mnóstwo świetnych kawałków skutecznie wpasowujących się w nasze szaleństwa na ulicach San Francisco. Aktorzy użyczający głos również dają radę, choć trudno mówić tutaj o czymś szczególnie niesamowitym.

Jest zabawa?

Driver: San Francisco

Postanowiłem ostatecznie wystawić Driver: San Francisco ocenę 3, gdyż…

Gry na trójkę to typowe „średniaki”. Są to tytuły, w które można zagrać w wolnej chwili i będzie to w miarę miło spędzony czas, ale zdecydowanie warto poczekać na przecenę.

Fanom wszelkiego rodzaju gier z samochodami dostarczy bez wątpienia wielu godzin dobrej zabawy, co jest po części zasługą ogromnego, otwartego świata. Jeśli jednak nie przemawia do Was taka konwencja to możecie sobie spokojnie Driver: San Francisco odpuścić – nic nie stracicie.