Enemy Front – recenzja [X360]
Mimo, iż byłem mocno rozczarowany Sniper Ghost Warrior 2, kiedy tylko usłyszałem o Enemy Front ponownie zacisnąłem kciuki i nie puszczałem ich aż do samego dnia premiery. Dodatkowym plusem był fakt, że akcja gry toczy się w trakcie Powstania Warszawskiego, a to temat jeszcze niezbyt często poruszany w grach. Jak więc wyszło? No coż…
Powstanie oczami amerykańskiego korespondenta wojennego
W grze wcielamy się w postać Roberta Hawkinsa, amerykańskiego korespondenta wojennego, który przez cztery lata żył wśród powstańców i razem z nimi walczył o wolność. Polska to także ojczyzna jego matki, więc nasz protagonista jest mocno do niej przywiązany.
Szkoda jednak, że nie mamy okazji lepiej poznać tej osoby, bowiem po spędzeniu z grą kilku godzin w zasadzie jedyne co utkwiło mi w pamięci, to fakt że Hawkins był także we Francji, gdzie w pojedynkę niszczył mosty i zrównywał z ziemią całe obozy niemieckie.
Choć w przerywnikach między misjami twórcy starali się stworzyć ciekawą postać, to niestety w trakcie rozgrywki wszystko schodzi na bok, a my stajemy się mistrzem wszelkich sztuk prowadzenia walki zarówno partyzanckiej jak i bezpośredniej – żaden czołg, czy dowolna ilość żołnierzy, nie stanowią dla nas nawet najmniejszego problemu.
Niestety niewiele także zostało po klimacie, który budował powyższy zwiastun – nie licząc jednej sceny, w której poruszamy się po prowizorycznym szpitalu w trakcie nalotu bombowego. Podróż po wirtualnej Warszawie zmagającej się z walką o wolność miejscami potrafi oczarować, a dla rdzennych Warszawiaków będzie to także ciekawa możliwość spojrzenia na swoje miasto z nieco innej perspektywy. Szkoda jednak, że budowanie tego klimatu jest przerywane wyprawami do Francji…
Rozgrywka
Trudno nie zauważyć, że developerzy starali się urozmaicić nam rozgrywkę, bowiem misje są bardzo zróżnicowane i całkiem sporo się dzieje – będziemy wysadzać mosty, ratować ludzi z obozów, bronić kościoła jako strategicznego punktu czy niszczyć bazę budującą rakiety V2.
W trakcie rozgrywki otrzymamy także kilkakrotnie możliwość wyboru ścieżki, którą chcemy podążać. Już w pierwszej misji mamy okazję dotrzeć do celu na dwa sposoby – po cichu, kanałami, bądź wysadzając ścianę budynku i robiąc to w nieco „głośniejszym” stylu. Szkoda, że wybory te nie mają żadnego wpływu na wydarzenia.
W trakcie gry mimo wszystko ciężko jednak pozbyć się wrażenia, że mamy do czynienia ze Sniper Ghost Warrior 2 w nowej skórce, bowiem strzelanie z karabinów snajperskich zostało tutaj przeniesione 1:1, choć z pewnymi ograniczeniami (brak przybliżania widoku przez lunetę), wynikającymi również z ograniczeń technologicznych danej broni. Używanie innych broni także momentalnie przywołuje na myśl poprzednie dwie produkcje CI Games i całe szczęście, bo element ten daje nieco frajdy.
Przeciwnicy
O pomstę do nieba woła jednak sztuczna inteligencja przeciwników. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że czeka mnie niezła przeprawa, bowiem przeciwnicy starali się mnie okrążyć, chowali się za osłonami i ogólnie sprawiali, że trafienie ich było trudne. Z czasem jednak zorientowałem się, że w każdym starciu posiadają oni kilka z góry ustalonych ścieżek, po których się poruszają i odpowiednio celując możemy siać kulami, a przeciwnicy sami w nie wbiegną…
Skoro jesteśmy przy temacie przeciwników, to niestety fatalnie wypada ich różnorodność, bo osobiście naliczyłem ok. 4-5 różnych typów niemieckich żołnierzy. Można wręcz powiedzieć, że mamy do czynienia z wojną klonów…
Elementy „skradankowe”
W trakcie rozgrywki natrafimy na misje, w trakcie których będziemy mogli wybrać jedno z dwóch podejść – albo chwytamy mocniej broń i siejemy kulami na lewo i prawo, albo bawimy się w Sama Fishera. Choć zamysł wydaje się być interesujący i nawet dostajemy oręże w postaci rzutu kamieniem odwracającego uwagę przeciwników, to niestety w rzeczywistości próba ukończenia któregokolwiek poziomu w ten sposób powoduje ostatecznie frustrację i sprowadza się do bezpośredniej konfrontacji.
Sam mechanizm odpowiedzialny za pole widzenia naszych przeciwników działa podobnie jak w Sniper: Ghost Warrior 2 – kiedy przeciwnik nas „widzi”, zapełnia się czerwony pasek informacyjny i kiedy dotrze już do 100%, zaczyna się wielki alarm, a w naszym kierunku zaczyna biec wataha żołnierzy. Tak, nawet jeśli zobaczy nas gość na jednym końcu obozu, w dość odosobnionym miejscu, momentalnie o naszej obecności wiedzą już wszyscy.
Oprawa audiowizualna
Zapewne Enemy Front w wersji PC prezentuje się całkiem przyjemnie, w końcu mamy do czynienia z silnikiem CryEngine, ale niestety w przypadku wersji na Xbox 360 mamy do czynienia z grą wizualnie nierówną. Znów wrócę do poprzedniej produkcji studia, bowiem przypadek był zbliżony – część poziomów wygląda bardzo ładnie, ale niektóre potrafią przypominać miejscami koszmarki.
Modele postaci też pozostawiają sporo do życzenia i choć wiem, że mamy do czynienia z konsolą „poprzedniej” generacji, to mimo wszystko nie jest trudno znaleźć gry zostawiające wizualnie Enemy Front daleko z tyłu.
Nie jest lepiej niestety w przypadku oprawy audio – najmocniejszym elementem jest tutaj ścieżka dźwiękowa, która świetnie podkreśla atmosferę powstania. Kiedy jednak nasi bohaterowie zaczynają rozmawiać ze sobą po polsku, mam wrażenie, że jest to efekt amatorskich nagrań przypadkowych osób.
Chciałbym wspomnieć również o pięknym absurdzie związanym z językiem niemieckim. Otóż gracze mający taką wersję językową gry usłyszą polskich powstańców mówiących po niemiecku i walczących z Niemcami. Po prostu ręce mi opadły – w takim przypadku bez dwóch zdań należało odpuścić sobie dubbingowanie gry i pozostawić język polski w każdym przypadku, a tłumaczenie ograniczyć do napisów.
Na koniec…
Enemy Front jest tytułem, który posiada dobre momenty i widać, że ktoś miał ciekawy pomysł na grę. Jest to również o niebo lepsza okazja do wzięcia udziału w Powstaniu Warszawskim niż koszmarne Uprising ’44. Muszę przyznać, że było wiele momentów, w których bawiłem się bardzo dobrze i „wszystko działało jak powinno” – owszem, nie było to wrażenie z produkcji AAA, ale gra dawała satysfakcję. Niestety chwilę później dopadały mnie niedociągnięcia techniczne, głupota przeciwników bądź rożne dziwne błędy w grze i czar pryskał…
Tytuł ten idealnie podsumowuje opis oceny jaką gra otrzymuje, czyli 2/5:
Tę ocenę otrzymują gry słabe, które jednak potrafią co nieco zaoferować. Przeznaczone wyłącznie dla fanów danego gatunku, którzy ograli już pozostałe pozycje na wszelkie możliwe sposoby i chcą spróbować czegoś nowego.
Tak, Enemy Front jest zwyczajnie słabe, ale miewa przebłyski dobrych momentów. Jeśli skończą Wam się tytuły do ogrania, a cena gry jeszcze trochę spadnie i pokryje się z Waszym „budżetem na bzdury”, to można się ewentualnie pokusić.
Egzemplarz gry do recenzji w wersji na Xbox 360 został dostarczony przez producenta – CI Games.





