Asset 3

Sword Coast Legends – pierwsze wrażenia

Konrad Ptasiński / 17.09.2015
komentarze: 0

O najnowszej produkcji studiów n-Space i Digital Exrtemes mówi się sporo ciekawych rzeczy. Kiedy czytając o jakimś nowym tytule, przed oczami przewijają się nazwy takie jak Dungeons&Dragons, Neverwinter Nights czy Baldur’s Gate, gracze zazwyczaj są podzieleni. Jedni wieszczyć będą bubel korzystający ze znanej marki, po drugich to spłynie, a niektórzy z wypiekami na twarzy wyczekiwać będą nowej gry. Po spędzeniu kilku dni przy Sword Coast Legends, wstępnie mogę stwierdzić, że nosa mieli ci ostatni.

Na początek jednak postawię sprawę jasno. Do mojej dyspozycji oddano specjalną, ograniczoną wersję gry, pozwalającą zapoznać się z najważniejszymi jej „ficzerami”, które za chwilę szczegółowo przedstawię. Recenzję wersji finalnej planuję dostarczyć w okolicach premiery.

Lochy i Smoki pełną gębą

Słowa wyjaśnienia już za nami, przejdźmy więc do rzeczy. Sword Coast Legends to RPG korzystające z piątej odsłony Dungeons&Dragons. System ten został oczywiście odpowiednio dostosowany do realiów gier wideo, ale nie ograniczono go tylko do statystyk bohaterów czy systemu walki. I tutaj pojawia się najważniejszy element tej produkcji. W Sword Coast Legends możemy grać nie tylko jako poszukujący przygód jegomość, ale również jako Mistrz Gry, ze wszystkimi jego przywilejami i obowiązkami. Czy udało się to wszystko zgrabnie połączyć? Jak to wypada w praktyce? Już spieszę z odpowiedzią.

W grze dostępne są dwa główne tryby: Gracz i Mistrz Podziemi. Tryb Gracza pozwala na stworzenie własnego bohatera wybierając jego płeć, tło fabularne, rasę (człowiek, elf, krasnolud, niziołek i pół-elf), podrasę i oczywiście klasę (wojownik, kapłan, łotrzyk, czarodziej, paladyn i łowca). Następnie dostosowujemy wygląd, rozdajemy podstawowe punkty i wybieramy specjalne umiejętności. Tych ostatnich jest całkiem dużo – widać, że bohater może być rozwijany na kilka sposobów. Przykładowe drzewko rozwoju (jedno z wielu dla konkretnej klasy) możecie zobaczyć poniżej.

Sword Coast Legends

Przygodo, witaj!

Kiedy nasza postać jest już gotowa, możemy rozpocząć prawdziwą zabawę. Możliwości jest kilka: Tryb fabularny (niestety był on zablokowany, więc z głównym wątkiem gry zmierzę się dopiero przy okazji recenzji), Tryb Modułów/Kampanii oraz Tryb szybkiej rozgrywki z możliwością dostosowania lokacji i poziomu trudności. I podczas gdy ostatni tryb zdaje się być odpowiednikiem Quick Match ze strzelanek, tak ten drugi jest bardzo ciekawą opcją, znakomicie ukazującą związek między Graczem a Mistrzem Podziemi. Możemy za jego pośrednictwem wziąć udział w kampaniach przygotowanych przez innych graczy. W trakcie takich rozgrywek, jedna osoba może być Mistrzem, dzięki czemu ma bezpośredni wpływ na przebieg wydarzeń. Jednak o rozgrywce z tej perspektywy opowiem później.

Sword Coast Legends

Skupmy się na zwykłym graczu. Na początku lądujemy w specjalnej lokacji, w której zaopatrzymy się w niezbędne przedmioty takie jak np. mikstury lecznicze. Do naszej dyspozycji dostępny jest czat (głosowy oraz tekstowy), a kiedy już ustalimy z drużyną naszą taktykę, możemy wyruszać. Na mapie świata wybieramy odpowiednią, interesującą nas lokację (najczęściej związaną z określoną misją) i po krótkim ekranie ładowania jesteśmy na miejscu.

Podstawy walki nie należą do skomplikowanych. Nasze umiejętności i użyteczne przedmioty rozlokowujemy na pasku u dołu ekranu – nie ma w tym żadnej filozofii, odpowiedni przycisk aktywuje daną zdolność, więc potyczki nie są za bardzo zręcznościowe. Tutaj liczy się odpowiednia strategia (dobra komunikacja z drużyną robi potężną różnicę), szczególnie przy walce z trudniejszymi przeciwnikami. Tych łatwiejszych jednak nie sieka się bez opamiętania, bo szybko można pożegnać się z życiem. W razie śmierci, każdy towarzysz może nas w dowolnym momencie wskrzesić. Jeżeli klęskę poniesie cała drużyna – zaczynamy od punktu startowego. W zależności od kreatywności twórcy danej kampanii, trafić możemy na pułapki, ukryte przejścia czy skrzynie z kosztownościami. Nie ma tego wiele, ale biorąc pod uwagę, że grałem w wersję okrojoną i tak jest nieźle. Skoro już o kreatywności mowa, jak to jest z tym tworzeniem?

Sword Coast Legends

Król Kurczaków

Jako Mistrz Podziemi zajmowałem się głównie tworzeniem zawartości dla trybu Modułów/Kampanii. Głównie, bo starałem się również grać jako tradycyjny, znany z papierowych odpowiedników, Mistrz. Niestety wersja, z którą miałem okazję się zapoznać była bardzo ograniczona pod względem ilości osób. Mimo że znalezienie towarzyszy w trybie Gracza nie stanowiło problemu, to jako Mistrz mogłem czekać w lobby w nieskończoność. Wprawdzie udało mi się uruchomić grę w jednym z trybów, ale unoszenie się nad pustą lokacją nie było zbyt interesujące. W tym wypadku musicie uzbroić się w cierpliwość i zaczekać na recenzję.

Wróćmy jednak do tworzenia. Edytor zawarty w grze wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Zabawę zaczynamy od przygotowania lokacji startowej, w której rozmieszczamy przeróżne obiekty i postacie niezależne. Tworzymy odpowiednie misje, ustalamy dialogi oraz (na nieco dalszym etapie) wstawiamy na miejsce przeciwników, pułapki czy nagrody.

Podczas pierwszej próby, stworzyłem w lokacji początkowej zakrwawiony ołtarz, przy którym łysy, blady elf prosił gracza o dotknięcie biegającego w okolicy Króla Kurczaków. Gracz musiał oczywiście owego kurczaka dotknąć, aby misja została zaliczona. Nic nadzwyczajnego, ale zajęło mi to około 15 minut, więc pomyślcie do czego zdolni będą utalentowani gracze, którzy poświęcą grze więcej czasu. Zresztą już wcześniej się przekonałem, że przygody stworzone przez innych potrafią być interesujące.

Sword Coast Legends

Tworzenie lokacji zaczynamy od „podstawy”, którą zawczasu ustalamy. Do wybory mamy miasto, las, góry, bagna, równiny i podziemia, a każda z wymienionych opcji ma dodatkowo co najmniej kilka zmiennych. Już teraz wygląda to okazale, ale mam nadzieje, że w pełnej wersji będzie tego znacznie więcej. Martwi mnie też brak swobody w wykonywaniu samych lokacji – zawsze zaczynamy od losowej konfiguracji podstawowych elementów i możemy jedynie dokładać to co uznamy za słuszne.

Skromnie, ale z klasą

Od strony wizualnej Sword Coast Legends prezentuje się całkiem nieźle, do momentu w którym przybliżymy kamerę. Modele obiektów i postaci straszą nieco prostotą, ale ogólna otoczka, bez zbędnego zagłębiania się w szczegóły, nie odrzuca od ekranu, a potrafi nawet zauroczyć. Wszystkie obrazki jakie możecie oglądać przy okazji tego tekstu, zostały wykonane przy najwyższych ustawieniach graficznych.

Muzyka jest taka jaka być powinna. Klimatyczna, miła dla ucha, pasująca do tego co widzimy na ekranie. Nie chcę pisać więcej o oprawie audiowizualnej, ponieważ tryb fabularny, który dopiero poznam, może tutaj sporo pozmieniać.

Sword Coast Legends

Będzie dobrze?

Digital Extremes i n-Space mają w garści grę, która może okazać się dla nich sporym sukcesem, a dla graczy – masą świetnie spędzonych godzin w lochach, lasach i miastach Wybrzeża Mieczy. Dungeons&Dragons 5 ze swoimi uproszczonymi zasadami doskonale spisuje się przy implementacji w grze wideo.

Jeżeli twórcy będą trzymać się zasady „więcej tego lepszego”, Sword Coast Legends może stać się prawdziwą gratką dla fanów gatunku i jednocześnie doskonałym wprowadzeniem dla nowych graczy. Czekamy? No jasne, że czekamy!