Crush Your Enemies – recenzja
Studio Vile Monarch przy pomocy Crush Your Enemies zabiera w podróż do miejsca, w którym pojedyncza rozgrywka jest krótka, oparta o proste fundamenty, a jednocześnie wymagająca kombinowania i stanowiąca spore wyzwanie.
W grze śledzimy losy władcy Barbarzyńców, Broga, oraz jego niezbyt gramotnego syna, Fuzguta. Mocna dawka humoru jaką zawiera Crush Your Enemies wylewa się z ekranu litrami i już nazwa krainy, którą zamierza Brog podbić, Generia, jest puszczeniem oczka w stronę graczy. Choć może sama fabuła nie jest specjalnie wyszukana, ot Barbarzyńcy postanawiają podbić nowe tereny, to jednak droga do celu jest bardzo kręta, a sam sposób narracji wciągający. Uśmiech potrafią wywołać nie tylko dialogi między postaciami, ale również “złote myśli” widoczne na ekranach ładowania.
Wspomniana rozgrywka jest na pierwszy rzut oka bajecznie prosta. Każda z misji rozgrywa się na mapie o rozmiarze 6×10 pól i choć z początku można odnieść wrażenie, że to mało miejsca, to jednak zróżnicowanie ukształtowania terenu i dostępnych z czasem jednostek, pozwala na stosowanie rozmaitych taktyk zarówno ataku jak i obrony. Wbrew pozorom przewaga liczebna wcale nie gwarantuje zwycięstwa – wystarczą dobrze dobrane składowe jednostki armii aby przewaga była po stronie gracza z mniejszą ilością ludzi.
Gra posiada dwie kampanie, na które łącznie składają się misje główne i zadania poboczne, które łącznie dają ok. 6 godzin rozgrywki jeśli zapragniecie wszystkie ukończyć w najlepszy możliwy sposób – zdobywając w ramach nagrody trzy głowy nabite na pal.
Pierwsza kampania skupia się na sprytnym wykorzystywaniu jednostek i uczy podstaw wykorzystywania przedmiotów. Kiedy ukończymy ją do pewnego etapu, odblokowuje się druga kampania, w której dodatkowo pojawia się skromny wątek ekonomiczny. To właśnie wtedy Crush Your Enemies nabiera prawdziwych rumieńców pokazując, że niekoniecznie szybki atak frontalny będzie najlepszym rozwiązaniem.
Stawiane przed nami zadania zawsze sprowadzają się do jednego celu – zmiażdżenia naszych wrogów, ale oprócz celu ostatecznego znajdziemy także dwa cele poboczne, a te już bywają bardzo różne. Od utrzymania przy życiu odpowiedniej ilości wojowników, przez zajęcie odpowiednich budynków, czy dokonanie podboju w ściśle określonym czasie.
Kiedy ukończymy już obie kampanie zawsze pozostaje jeszcze tryb wieloosobowy. Pojedynki w nim możemy toczyć zarówno ze znajomymi jak i losowymi graczami, a każdy z nich dostarcza mnóstwa wrażeń.
W kwestii oprawy graficznej twórcy zdecydowali się na pixelart, mocno nawiązujący do gier z początku lat 90 i muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Rozgrywki są bardzo dynamiczne, a taka prezentacja nie generuje niepotrzebnego zamętu i świetnie pasuje do klimatu rozgrywki.
Na bardzo wysokim poziomie stoi także oprawa audio, od pomrukiwań barbarzyńców, przez odgłosy walki po świetną muzykę, za którą odpowiedzialny jest Marcin Przybyłowicz. Jego nazwisko możecie kojarzyć z takich produkcji jak Hard West czy Wiedźmin 3: Dziki Gon.
W zasadzie jedynym minusem jest ilość misji, ale nie wiem czy ekipa Vile Monarch jest w stanie coś na to zaradzić, bo mi rozgrywki w Crush Your Enemies będzie zawsze za mało.
Crush Your Enemies to spójna, wysokiej jakości produkcja, która bawi od pierwszej do ostatniej misji, a potem zachęca do potyczek wieloosobowych. Krótkie partie trwające zaledwie kilka minut sprawiają, że produkcja Vile Monarch to idealny tytuł “na chwilę”, choć trzeba uważać, bo gra wciąga i bardzo szybko włącza się syndrom “jeszcze jednego podboju”.
Egzemplarz gry do recenzji w wersji PC/Mac otrzymaliśmy od wydawcy.




